RECENZJE

Beatles
Please Please Me

1963, Parlophone 9.8

[22 marca 2003, z okazji okrągłej, czterdziestej rocznicy wydania pierwszej długogrającej płyty The Beatles, opublikowaliśmy tygodniowy update poświęcony zespołowi. Recenzja Please Please Me była jego częścią. W tak unikatowych okolicznościach przyrody, pozwoliliśmy sobie na odrobinę szaleństwa i małe nadużycie. Wszystkich urażonych tą profanacją przepraszamy.]

Bez zbędnych wstępów chciałbym uczciwie oświadczyć, że recenzowanie jakiejkolwiek płyty The Beatles jest świętokradztwem. Które notabene popełniano wielokrotnie i ochoczo. Ale pragnę z tego miejsca nieco się usprawiedliwić. Z powodu wyjątkowej okrągłej rocznicy postanowiliśmy sprofanować powyższą zasadę. Po raz pierwszy i jak sądzę ostatni. Nikt nie ma prawa wartościować, oceniać tej muzyki. Może raz na zawsze spróbujmy to wszyscy zrozumieć: chodzi o to, że ci czterej bohaterowie są nietykalni. Możliwość obcowania, w jakiejkolwiek formie, z jakimikolwiek ich nagraniami, jest błogosławieństwem. Że wystarczy włączyć płytę i posłuchać czegoś, co oni razem stworzyli – jest szczęściem. Dlatego pomny wcześniejszych gróźb i przestróg, w strachu przed litrami wody z Mersey i tonami zielonych jabłek w moim żołądku, zakładam włosiennicę pokutną, tu i teraz.

Nie potrafię mówić o The Beatles. Bliżej mi chyba do regularnego nucenia ich kawałków, co zresztą doprowadza nieraz do szału moich kolegów. Muzyka tego zespołu nie jest czymś, co na jakimś etapie świadomie poznałem, przyjąłem, polubiłem i odłożyłem na półkę. Urodziłem się z The Beatles. Łajzy, nie wierzą mi, ale pytałem mamy i nastawiała mi nad głową głośniki gdy miałem kilka tygodni. Z głośników lecieli The Beatles. Przez co dorobek Fab Four został mi zakodowany automatycznie w mózgu. Od najmłodszego byłem katowany wiedzą, kto to jest John, kto to Paul, George i Ringo. Wpatrywałem się w zdjęcia, oglądałem filmy. Nikt nie tłumaczył mi: patrz, Beatles, największa grupa wszechczasów. Bo dla mnie nie było rozróżnienia – Beatles / muzyka. To był mój pierwszy kod komunikacji dźwiękowej. Przez kwartet rozumiałem The Beatles. Przez piosenki Fab Four rozumiałem piosenki. Na tekstach tych piosenek uczyłem się angielskiego.

W wieku pięciu lat, już całkowicie świadom tego, co robię, zasłuchiwałem się w Sierżancie Pieprzu. Wiem, pięć lat, ale pierdolę was, właśnie pięć. Po raz pierwszy zetknąłem się wtedy z odrębnym światem wykreowanym brzmieniowo. Do końca życia druga część "A Day In The Life" będzie mi się kojarzyć z rannym wstawaniem. Gdy słyszę knajpiany gwar, przypomina mi się utwór tytułowy. "Being For The Benefit Of Mr. Kite" wywołuje obrazy cyrku w mojej głowie. Wtedy też wychodziłem ponoć na podwórko, stawałem z tenisową rakietą na trawniku i udawałem koncert Beatlesów. Za cholerę nic z tego nie pamiętam, ale są na to świadkowie. Mając latek siedem nagrywałem swoje darcie mordy na kaseciaka. Myślałem, że były to moje "własne" melodie. Haha. To były kurwa rarytasy z dorobku Fab Four. "Don't Let Me Down", "She Loves You", "She's A Woman" czy inne "I Wanna Hold Your Hand".

Jako nastolatek pojechałem do Anglii i oczywiście nie przepuściłem okazji. Byłem w Liverpoolu, mam zdjęcia przed i wewnątrz The Cavern. Zobaczyłem wody Mersey i słynne docki. Byłem w muzeum The Beatles, do dzisiaj chowam zgniecioną miedzianą monetę ("Penny Lane"). Tak więc, jak długo żyję, The Beatles byli przy mnie obecni. I przy całym natłoku zajęć staram się słuchać ich płyt codziennie. A im dłużej się żyje, tym wyraźniej się dostrzega, że nic już nie pozostało do powiedzenia o ich twórczości. Po prostu: jeśli pierwszą rzeczą, na jaką natrafiają twoje uszy, jest najlepsza, niemożliwa do przebicia rzecz, to nie musisz się martwić o takie błahostki, jak "gust", czy "dobry smak". Przykro mi. Nic nie jest w stanie konkurować z The Beatles i tak będzie do końca, niedowiarki. Hm? To oczywiste.

Wiem, wymagacie ode mnie recki Please Please Me. Oczywiście, mógłbym zacząć tutaj pieprzyć, że chłopaki mozolnie i z uporem się przebijali, że dwukrotnie jechali na kultowe dziś występy do Hamburga (przy okazji wynajdując "punk"), że debiut nagrali zaledwie w jeden dzień (heh, kozaki). Ale po co? Wczoraj skrobnąłem artykuł o Hot Hot Heat; zaintrygowała mnie identyczna długość Make Up The Breakdown i Please Please Me (trzydzieści dwie minuty). Postanowiłem przyłożyć obie płytki do siebie. I tak jak bardzo wariuję na punkcie Hot Hot Heat, tak nagle zrozumiałem, że nie było tego porównania! Przejście na bębnach przed drugim refrenem "I Saw Her Standing There" to Trail Of Dead z "It Was There That I Saw You". Początkowy motyw z "Please Please Me" to Dismemberment Plan. Ekstaza wokalna w "Twist And Shout" to Liars, albo Les Savy Fav. I oni tego dokonali czterdzieści lat temu! Ja pierdole!!! Qwdjk nqfd924896 ngo50u96 bqnd7823r8 jhg0349y9 bcahsbcwyuf nwrg3roig 84bv374 yt4bn478tb4 8924utr894 9834jt8b -406uk ++++ 8913r 2df1389 8r3%%%% 938tu2 $%$* U)( )_(* (YU ( 3f238 t3t 3 t82y3 498t 948 d bvhfbv.

Aha, ale najlepsze jest coś innego. Bo widzicie, takie Please Please Me niewiele znaczy przy "tytanach", jak nazywa je Kuba. To był dopiero marzec 1963. W ciągu następnych siedmiu lat nasi czterej bossowie napiszą, zarejestrują i wydadzą około dwustu genialnych piosenek. Paul broke the glass, broke the glass, the glass is broken, Paul. Świat czekało jeszcze jedenaście fenomenalnych albumów. Zaraz, Revolver? Ktoś słyszał? White Album? A może Abbey Road? Jezus, ludzie.

Borys Dejnarowicz    
31 marca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie