RECENZJE

Beat Culture
Tokyo Dreamer

2012, self-released 6.6

Jeśli to nie tacy ludzie mają zbawiać współczesną muzykę elektroniczną, to ja już zupełnie nic z tego nie rozumiem. Sunik Kim ma siedemnaście lat – regularne nagrywki rozpoczął niemal równo rok i na przestrzeni tego okresu jego udziałem stał się zjawiskowy wręcz progres. Pisałem o nim nieco w którymś z ubiegłorocznych Chill Hunterów – imponująca żonglerka cytatami z Rihanny w "Cold Front" do dziś mnie rozbraja i znalazła się nawet całkiem wysoko na mojej liście singli. Wtedy postrzegałem gościa jako niepozornego kuglarza i dziś trochę mi z tego powodu głupio, bo kierunek, który obrał na swoim najnowszym longplayu, zaskakuje zarówno dojrzałością, jak i odejściem od spodziewanych tendencji do wiksiarskiego electro, które wychodziło mu do tej pory nadzwyczaj solidnie.

Tokyo Dreamer to bowiem propozycja bardziej dla fanów zawiedzionych ostatnimi posunięciami Gonzaleza z M83, chociaż dokładne ujęcie jej w ramach istniejących już kategorii jest zadaniem mocno niewdzięcznym. Być może dlatego, że sam autor do opisu swojej muzyki stwarza tak dziwne pojęcia jak "pre-racism-dopewave" czy "ravetronica", ale weź mu i zabroń. Nic tam, to tylko pokazuje, z jak osobliwym tworem mamy tu do czynienia. Sunik Kim, jak wielu znanych twórców, bazuje bowiem na kreatywnym odtwarzaniu różnorodnych sampli w innym ekosystemie. Czy użyje akurat wokaliz Beyonce czy skrawka pianina z obskurnego 80sowego popu – nieważne, grunt, że wychodzą mu z tego chwilami naprawdę zjawiskowe sprawy, jak choćby w "Complete Me", misternie splecione z użyciem wokalu z "Promise Me" Ciary, który w przetworzonej formie wynurza się w okolicy trzeciej minuty robiąc kolosalne wrażenie. Przez moment brzmi to nieco jak upopowiony Balam Acab, więc trudno się nie zachwycić, zresztą podobnie jest w przypadku "Memory (Cassettes)", gdzie Mary J. Blige mierzy się z "formą okołoambientową". Tak, niektóre z tych skrawków są urocze same w sobie i już "praca u podstaw" mająca na celu rozpoznanie skąd on to wszystko wziął dostarcza sporo rozrywki, nie mówiąc o reszcie, która jest najzwyczajniej w świecie czasem spędzonym z sympatyczną porcją pomysłowego grania. Wspomniany w pierwszym akapicie "wiksiarski" kierunek poszukiwań pobrzmiewa za to tylko w "Stars" – jednym z najlepszych singli, którym do połowy marca dane było gościć w moim audio.

Nie wiem jak (i czy w ogóle) łączyć obecny kształt projektu Beat Culture z tym co dzieje się obecnie na "scenie chillwave'owej" z prostej przyczyny – dla mnie jest już po zawodach, "koniec mistrzostw" proszę Państwa, można się rozejść. Najważniejsze postacie związane z tym graniem jedna po drugiej zaczęły zmierzać w kierunku innych estetyk, dlatego siłą rzeczy musiało zrobić się luźniej, by z cienia mogli wyjść mniej znani zawodnicy pokroju Sunika Kima. A za sprawą Tokyo Dreamer na zgliszczach chillwave'u zakwita właśnie pierwszy pierwiosnek, ale nie wyciągałbym z tego faktu daleko idących wniosków. "Czas pokaże", nam pozostaje mieć nadzieję na więcej tak ciekawych albumów z tych okolic w najbliższej przyszłości.

Kacper Bartosiak    
20 marca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja