RECENZJE

Beastie Boys
To The 5 Boroughs

2004, Capitol 6.2

Moja introdukcja do Beastie Boys na serio przypadła pewnego chmurnego ranka, gdy wespół z pierwszą klasą ogólniaka jechaliśmy na jesienną szkołę. W autokarze ktoś miał boomboxa i odpalił Licensed To Ill. Owszem, wcześniej łatwo identyfikowałem rozpoznawalny, luzacki wizerunek grupy, ale pośród spontanicznych uczniowskich wrzasków "You gotta fight! For your right! To paaaaaaaaaaaaaartyyyyy!" lub "Girls! All I really want is girls!" dopiero naprawdę doznałem. Czy Mike D, MCA i Adrock byli najbardziej cool kolesiami, jakich w ogóle kiedykolwiek nosiła matka Ziemia? Wskazują takoż legendarne płyty tria. Powala przepaść dzieląca Paul's Boutique, kulminacyjne arcydzieło białego rapu, od surowego, gówniarskiego debiutu. Na Boutique, dedykowanym w prologu kobietom wszystkich nacji i profesji świata, BB rozbierali długowłosą brunetkę do majtek, opowiadając o kulturowej roli jajka tudzież poszerzaniu horyzontów dla amatorskich MCs, samplując Curtisa Mayfielda, Beatlesów i Sly Stone'a, a przy okazji swobodnie łącząc se najbardziej irytujący bit w dziejach (werbel w "High Plains Drifter") z jękami pieszczonej panny. Całość brzmiała jak nic przedtem, wyprzedzając przecholernie epokę absurdalnie oryginalnym soundem i potokiem zagonionych, wymiennie rozplanowanych, kolektywnych anty-nawijek.

Kurwaaa każdy młody gość z odrobiną gustu chciał być nimi! Oglądanie zdjęć albo teledysków B-Boys to the early morn to obcowanie ze skarbnicą czystego bossostwa w klinicznej postaci. Kilka dni temu wybyłem rześkim popołudniem na przejadżkę bicyklem z Check Your Head w discmanie. Opuszczona głowa Mike'a z front cover = 3S (Syndrom Szczytowego Szefowania). Od koncertowej zapowiedzi "This next one is the first song on our new album" był to najżywszy, otwarcie flirtujący z rockowym instrumentarium krążek ekipy, bo ci pacjenci popierdalali od początku na wiosłach i garach. Poświęcenie i desperacka pasja bijące z zakrzyku "But now I've gotta pass the mic to Yaaaaaauch!" plus niewybaczalne wejście basu (loop wykorzystany osiem miesięcy poźniej przez Dr. Dre w "A Nigga Witta Gun" z także legendarnego The Chronic) na 1:14 w "Pass The Mic" zrodziły elektryzujący kamień milowy definiujący lata dziewięćdziesiąte. A wsamplowanie znienacka dylanowskiego "Just Like Tom Thumb's Blues" w środku "Finger Lickin' Good"? A dlaczego Polska zacofana i ludziska podniecają się Red Hotami, kiedy taki "Pow" to tysiąc razy mocniej kręcąca esencja stylu tej przereklamowanej kapeli? Albo manifestacyjny już eklektyzm Hello Nasty, od electro przez retro-musicale po Yo La Tengo-wą balladę? Kto mógł ich zatrzymać, no kto?

To The 5 Boroughs, szósty właściwy album Brooklyńczyków (w sumie mało jak na równe dwadzieścia pięć lat kariery), to powrót do twardziej osadzonych, oszczędnych, suchszych hip-hopowych bitów i bliższych konwencjonalnym standardom rapów. Racja, względnym standardom, bo wiadomo od zawsze, że oni nie umieją rapować. Fałszowane mówionki trzymają zatem tor wyznaczony w miarę ścisłymi ol-skoolowymi beatami. Ozdabiany barokowym klawesynem, głuchnący groove "Right Right Now Now" ewoluuje ku ekscytującemu refrenowi, gdzie pod kafejkowymi akordami pianinka bucha call and response: "Right (right!) / Now (now!) / What is going on? / We gotta work together / It's been too long!", komentujące impuls do pracy nad albumem w wieku w sumie przed-emerytalnym. Lecz obok padają słowa "I'm getting kind of tired of the situation / The U.S. attacking other nations". Tekstowo bowiem, Boroughs jawi się najbardziej rozpolitykowanym zbiorem formacji. Zdania typu "We've got a president we didn't elect" trafiają się co chwila, a znani z zaangażowania w walkę o uwolnienie Tybetu muzycy często eksplorują globalną, ważką tematykę. W "Time To Build" Mike słusznie zapytuje z markowym sarkazmem w akcencie: "Why you hating people that you never met? / Didn't your mama teach you to show some respect?".

Ale Boroughs, jak sugeruje tytuł, to głównie hołd złożony domowej metropolii, magicznemu miastu rozkwitu sztuki, istnej stolicy świata. Nie tylko w treści, ale i podkładem, centralny punkt albumu "An Open Letter To NYC" nawiązuje do sławetnej piątej części suity "B-Boy Bouillabaisse", kończącej Boutique. Zamiast college'owego wrzasku "Hello Brooklyyyyyyyyyyn!" i naiwnych linijek w rodzaju "New York, New York, it's a hell of a town!", starsi o piętnaście lat panowie zapodają pełne nostalgii, wnikliwe i dojrzałe spostrzeżenia, zamknięte Grand Chorusem o cechach uniwersalnego hymnu wszystkich mieszkańców tego miejsca, opiewającym jego multi-kulturowy charakter: "Brooklyn, Bronx, Queens and Staten / From the Battery to the top of Manhattan / Asian, Middle-Eastern and Latin / Black, White, New York you make it happen!". Rozkładana wieloczęściowa książeczka ze sztywnego tekturowego papieru przedstawia szkicowy zarys tamtejszej architektury sprzed 9/11. Bywalcy NYC (Michał, I'm looking at you) prawdopodobnie mogą się roztkliwić. Zaskakująco, ta sama książeczka dostarcza też skitów i żarcików w postaci głupawych "editor's notes" przy lyricsach. (Przykład: "AAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!! [Editor's note: Mike. Stop. Just stop it.]") I ten niby-wysilony humor wciąż bawi.

Około tygodnia po premierze, na długaśnym murze okalającym Tor Wyścigi, między aksjomatycznymi napisami "HWDP", jakieś cwane gnojki odmalowały panoramicznie zajebisty wzór rodem z szaty graficznej Boroughs. Że "Beatsie Beatsie Boooys" mogliby być tatusiami tych służewieckich skate'ów (Służew pany! RKS Skłaaad!) jest tylko dowodem na fakt, iż mimo czterdziestek na karkach wciąż liczą się pośród czołowych idoli dzieciaków. Widać bycie cool płynie we krwi, a nie metryce. Ano.

Borys Dejnarowicz    
17 września 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie