RECENZJE

Beastie Boys
Hot Saucee Committee Pt. 2

2011, Capitol 5.9

Mam cholernie proste zadanie do wykonania - pisanie o Beastie Boys polega wyłącznie na pisaniu o Beastie Boys. Mam wrażenie, że przez ostatnich siedem lat trio słuchało jedynie swoich piosenek, a "podążanie z duchem trendu" czy "zwrot ku nowym brzmieniom" oznacza dla nich więcej przesteru, jazgotu i pierdu niż do tej pory. Tak, Hot Sauce Committee Pt. 2 jest niczym ich In Rainbows – nie trafił tam ani jeden dźwięk, którego do tej pory nie słyszałeś w którejś z ich poprzednich piosenek. I na początek masz wrażenie, że zajebiście, że królowie wrócili i 8.0, a kiedy za rok pojedziesz na Open'era, na którym znowu zagrają, będziesz te kawałki ledwo kojarzył.

Najlepsza, jeśli chodzi o Hot Sauce jest mitologia: to zawieszenie premiery części pierwszej przy jednoczesnym zapewnianiu, że część druga już jest gotowa... optymistyczne komentarze co do zdrowia Yauch'a, kilkumiesięczna cisza, podczas której zdążyliśmy zapomnieć o zespole, a potem gwałtowna lakoniczna notka i chwilę potem szczegółowe zapowiedzi. Pogubiłem się. Nie wiem, które Hot Sauce słyszałem, a którego nie. Nie wiem, czy jest jeszcze jakieś drugie. Stawiam, że nie. Anegdotę i tak będę powtarzał.

Bardzo się cieszę, że nie powstało drugie To The 5 Boroughs. Beastie Boys nie są szczególnie rapowymi raperami, więc jeden umiarkowanie nudny eksperyment z niemal czystym hip-hopem w karierze wystarczy. Ad-Rock, MCA, Mike D uderzają w nas ponownie najbardziej absurdalnymi zestawieniami brzmień w obrębie trzech piosenek. Jednak to humbug – inspiracje Beastie Boys nie sięgnęły dalej niż półtora metra poza studio nagraniowe. Dzięki Hot Saucee Committee Pt. 2 na nowo odkryłem jak bardzo kocham – ich opus magnum według mnie - Hello Nasty. Niemal każdy kawałek z tegorocznych Beasties, wyłączając te chore miniaturki niczym z emulatorów gier na automaty, był już w lepszej wersji na płycie sprzed trzynastu lat.

A poza tym straszliwie, straszliwie, straszliwie dużo H A Ł A S U jest na tej płycie i ja nie wiem skąd ten pomysł żeby poukrywać wokale w miksie albo pod warstwą jakiegoś innego brudu. Nie rozumiem tego, bo jeśli jeszcze wybaczalne jest to na początku, w "Make Some Noise", to w połowie albumu nie chcę już wiedzieć, co mają do powiedzenia (a wielka szkoda, bo są odpowiednio śmieszne i odpowiednio głupie: "My style is iller than the goblins in Troll 2" – FAAAK. Tematy w ogóle te co zawsze, tzn.: Beastie Boys, deskorolki, wixaaaaaa, trochę spraw społecznych). I nagle okazuje się, że chce mi się wracać do fragmentów, na które normalnie bym nie splunął. "Don't Play No Game That I Cant' Win" jest średniawym reggae ze średniawą Santigold, ale przynajmniej jest gładsze niż rżące "Say It" chwilę przedtem. W tych kawałkach na pewno jest ten ich legendarny funk, ale jest tak głęboko, że nie chce mi się kopać, bo zabrudzę uszy. A kiedy zdejmują, nawet odrobinę tego przesteru, przester, okazuję się, że choć dobijają setki i wyglądają naprawdę śmiesznie, potrafią rozłożyć "Here's A Little Something For Ya".

Nikt nie robi się coraz młodszy, więc ćwierć wieku od rubinowego debiutu nikt rozsądny nie oczekuje od Beastie Boys że będą strzelać "Root Downami" i "Sure Shotami". Nikt rozsądny nie może też powiedzieć, że tą płytą nowojorczycy się podłożyli. To jest taki tribute dla Beastie Boys zrobiony przez Beastie Boys. Nie obrażę się za kolejne płyty, o ile będą mniej skrzeczeć, a więcej drzeć japę.

Filip Kekusz    
20 maja 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie