RECENZJE

Beach House
Bloom

2012, Sub Pop 5.9

Odrobina nudziarstwa to jest to, czego mi trzeba. Nie to, żebym prowadził jakieś wyjątkowo interesujące życie ostatnio, aczkolwiek kilka niepowiązanych ze sobą spraw wywołuje mój ciągły frasunek i mars. Praca, jest parno, spać nie mogę po nocach, nie mogę pracować, jest gorąco, mam tyle rzeczy do zrobienia, nawet od słuchania muzyki rozbolała mnie głowa. Z nudów, żeby odwrócić uwagę od ważnych rzeczy, kliknąłem w cytat Coelho na wallu znajomej. Miał być półśmieszny kwejk, a było na serio ("Nie wszyscy wierzą w Boga, ale każdy chce schudnąć"). Włączyłem też wczoraj Parachutes Coldplaya i było całkiem nieźle, chyba więc zestresowany marazm ogarnął mnie całkowicie. Czekaj…o jakiej płycie ja właściwie piszę? Aha, o Bloom zespołu Beach House.

Czas, gdy miałem jakieś trzy czy pięć lat był chyba ostatnim, gdy robiłem na plaży cokolwiek konstruktywnego. Fundowałem zamki, lepiłem blanki, zwodzony most, w fosie nigdy nie brakowało wody, sadziłem w niej wodorosty. Z perspektywy lat nie wierzę już, żeby można było tam robić cokolwiek, co miało by jakieś większe znaczenie. Można pić wino, pływać, opalać się, patrzeć na fale i inne, ale przecież to nie tam uruchamiamy swoją kreatywność, nie podejmiemy tam życiowych decyzji. Wszystko, co się zdarza na plaży to zamki na piasku i jakieś ulotne szkice uciekających w słońcu myśli. Mógłbym poświęcić jedną piosence "Lazuli" zespołu Beach House. Na początku słyszałem szczęśliwe Saturdays=Youth, a końca nie usłyszałem wcale. Uciąłem drzemkę. Dobrze się z tym czuję.

Wobec tej plażowej ekipy nie miałem więc żadnych oczekiwań. Tak jak tej recenzji też nikt nie wyglądał latami. W te dni brakuje mi koncentracji, ale na sute premie wcale przecież nie liczę. Podobnie ten album: jakieś trzydzieści minut dobrej gry, kilka przestojów. Kawa, herbata, lemoniada. Nie było potencjału, to się nie zmarnował. Nie ten duet mieli na myśli eksperci, kiedy mówili, że gra piach, a na piachu nie da się przecież budować. Nic tam też nie rozkwitnie. Ja tam słucham Bloom i widzę, że można grać przyjemnie do końca. "Myth" wcale nie prysł jak bańka mydlana, "The Hours" ciągną się bez zawodu. Żadne Parachutes, ale przecież ląduję na poduszkach. Nic się nie stało i o to mi chodziło. Za to temu zespołowi podziękuję. Czy chciałbym dodać coś o naszej ekipie? Nie, nie chciał.

Wawrzyn Kowalski    
26 czerwca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie