RECENZJE

Baths
Cerulean

2010, Anticon 5.9

Beatmakerzy z Los Angeles mają totalnie przejebane, po tym jak Flying Lotus wjechał im na chaty, zabrał wszystkie nieukształtowane pomysły z szuflad i zrobił lepiej. Baths, niezależnie od wcześniejszych doświadczeń, startuje właśnie z pozycji gościa z miejsca, gdzie wszystko co najlepsze na ten rok już powstało i nazywa się Cosmogramma. Nic to, jak chce robić, to się musi liczyć – tak tylko mówię.

Pierwsze półrocze 2010 było dla Anticonu wyjątkowo słabe. Przekonała jedynie EP-ka Son Lux. Kolejne nagrania Dosha i Tobacco nie wniosły do ich twórczości nic nowego, poza tym, że zwiększyła się średnia wartość nudy na nagranie. Młodszy WHY? wydał album tylko dlatego, że istnieje nepotyzm. Wszystko to już było, dlatego z Baths, pracującym pół tysiąca kilometrów od Oakland, który – w przeciwieństwie do weteranów wytwórni – trzyma rękę na pulsie, dało się wiązać nadzieje. Może właśnie dlatego wybitne recenzje muzyki Willa Wiesenfelda. A może to dlatego, że każdy lubi Daedelusa, a on lubi Willa.

Cerulean wyposażone jest w dwa Anticonowe atrybuty – lekko kanciastą produkcję i irytujące infantylizmem brzmienia. Ponownie też trudno orzec, czy Baths jest bliżej pokręconego popu czy łagodnego hip-hopu. Wiadomo na pewno, że to muzyka najczęściej hektyczna, raczej oszczędna i gubiąca rytm przy początku. Ale ale... cóż to tam w tle – jakieś słoneczne plamy, jakieś stłumione brzmienia, zabawy kurkami, wokale na delayu – ano jasne, niespodzianka, Baths to pierwszy, przynajmniej częściowo, chillwave'owy wykonawca wytwórni z mrówką. Śmieszne, że płytę otwierają kawałki, w których dominującą rolę odgrywa rytm, spośród których trochę urzeka jedynie "Lovely Bloodflow". Gdzieś od czwartego indeksu, tego z serduszkiem, spod warstwy łupnięć wyłania się właśnie to letnie, plażowe oblicze, któremu blisko do zeszłorocznego Bibio, ale momentami też i do Toro Y Moi ("You're My Excuse To Travel" najbardziej). Ostatnie cztery tracki to już pojedynek między dwoma wyraźnie zarysowanymi obliczami, które ostatecznie wieńczy najbardziej klimatyczny z obecnych tu chilli – "Departure".

Jeśli z Baths zetknęliście się jedynie przy okazji najczęściej umieszczanego na blogach, "Love Bloodflow", nie znacie połowy pełnego obrazu Cerulean. Jeśli Wam się nie podobało, to i tak wesprzyjcie Anticon. Ja wiem, że takie namawianki są do bólu lamerskie, ale mimo względnie niskiej oceny, koleś może stać się podporą wytwórni podupadających twórczo frustratów. Poza tym zwolennicy chillwave’u i tak wycenią tę płytę na sześć ze sporym kawałkiem. No i trzeba, dla porządku, odnotować ostatni istotny fakt – Will Wiesenfeld ma 21 lat, co kwalifikuje go do punktów za pochodzenie. Taki ruch mógłby uśpić jego czujność, a my raczej czekamy na twórcze oburzenie i płytę siódemkową za półtora roku.

Filip Kekusz    
5 sierpnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie