RECENZJE

Baroness
Yellow & Green

2012, Relapse 7.2

Do tych łąk zielonych, gdzie żyto i pszenica wysypują ziarno. We włościach baronów panuje odwrócony porządek. Najpierw był wiek żelazny, później brązowy, teraz zaś nastał złoty, lecz zawsze trwa heroiczny. Złamano diabelski róg, a ten zmienił się w naczynie obfitości. Ciche grusze nabrzmiały sokiem i mlekiem, żywiąc mrowie os i dzikich pszczół. Drzewa spływają bursztynem, w którym zastygają wielkie jelonki rogacze i boże krówki. Na Yellow & Green wszystkie włochate nosorożce, olbrzymie pancerniki, tury i tarpany odeszły w cień naskalnych szkiców. Odrzucono skóry, futra i gospodarkę wypaleniskową. Szumią łany, chylą się kłosy, a bestie w krainach południa zastąpił southernowy bluegrass. To prawdziwa rewolucja, w której ci muzyczni wędrowcy porzucili neolityczną srogość, wyszli ze swoich zamków wśród żwiru i gołoborza i ruszyli w wędrówkę na druga stronę lodu, by tam w słońcu zostawić młot i chwycić za sierp. Nadszedł czas, gdy żeńcy zbiorą plon.

Baroness zawsze stanowili rodową arystokrację. Baizley może utrzymywać, że wczesne krótkie próby maskowały masywnością młodzieńczy songwriting, ale już po pierwszych taktach jasne było, że chłopaki ostrzą kosy na więcej, dorzynają, żeby później móc żąć. Kolorowy cykl dotychczas o tyle spełniał oczekiwania, co pozostawiał niedosyt. Początek Red Album zwiastował płytę legendarną, podczas gdy koniec pozostawił dobrą. Następca kusił wpływami Quicksand i Hum, hałaśliwie meandrując, zrzucił jednak zawieszoną wysoko poprzeczkę. Trzeci i zarazem czwarty fragment barwnej narracji to rzecz o większych rozmiarach, rozłożona jak wyrzucone na ląd cielska morskich potworów, które obrosły trawą i mchem. Jest to płyta za długa, nie wolna od mielizn, miejscami wycofująca się w tło, a jednak chocholim sposobem zatrzymująca słuchacza w oczekiwaniu na następny ruch. Nie doświadczymy też nadmiaru prog-przesytu. Co prawda wśród osiemnastu utworów znalazło się miejsce dla dwóch tytułowych preludiów, podniosłego "Eula" zamykającego część pierwszą czy instrumentalnego outro, a jednak album przede wszystkim zaskakuje piosenkową strukturą i ujmuje melodią. Można przypuszczać, że tak brzmiałby Mastodon, gdyby po Blood Mountain zdecydował się ubrać swój gitarowy pop w tradycyjne apallachijskie szaty.

Bo Baroness po raz kolejny nagrali album lokalny. Stworzony przez grupę przyjaciół, których łączą wspomnienia jeszcze ze szkolnej ławy. Odszedł z zespołu Tim Loose, później Brian Blickle (brat Allena "bębniarza"), teraz zaś Summer Welch, lecz zastępujący ich muzycy okazali się kolejnymi chłopakami z sąsiedztwa. Tytuł wieńczącego "If I Forget Thee, Lowcountry" podkreśla pragnienie by, podobnie jak kiedyś Sufjan Stevens, spróbować wysączyć ze wspomnień esencję pewnego regionu. Czy to w pastoralno-folkowym "Twinkler", power-popowym "Sea Lungs", czy "March To The Sea", w którym pozostał metalowy kościec krajobrazy przesuwają się w swobodnych układach niczym elementy z post-secesyjnej ilustracji. W niespodziewanych momentach patos zastąpiony zostaje przez tradycyjne ornamenty czy rozleniwiającą miękkość. "When we were kids we never felt so young, take me to the hazy Sunday morning" – to zdanie kołacze przez dłuższą chwilę, roztapiając się wraz z "Back Where I Belong" w morszczynowatych seledynowych ambientach.

Może wrażenie potęgują Demeter i Gaja rzucające spojrzenia z okładek, lecz muzyka Baroness często kojarzy mi się z pochwałą archaicznie rozumianej płodności. Girlandy i naręcza ubrane w barwy narzucają interpretację. Pierwsza część jest w niej nieco bardziej buzzująca, lepka jak trzmieli miód, drugi krążek zaś cienisty, ukryty za zasłoną plam. Równie dobrze może to być złudne wrażenie, gdyż zdecydowanie jest to jedno rozkrojone dzieło, które najlepiej wypada słuchane w całości. Z informacji etnologów wiadomo, że nasi przodkowie wypiekali na Wieńce wielki kołacz, za którym stawiali plebana. Jeśli bochen nie zakrył go całego, życzono sobie aby następny rok przyniósł lepszy plon. W wypadku Yellow & Green nie udało się ukryć kilku nazbyt rozciągniętych fragmentów, jak nomen omen "Stretchmarker", zbiór jest jednak na tyle imponujący, że już teraz można świętować, życząc sobie, żeby przyszłość obrodziła płytą jeszcze lepszą.

Wawrzyn Kowalski    
22 lipca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie