RECENZJE
Bałagane

Kaz Bałagane
Lot022

2015, self-released 7.2

Pamiętam, że po raz pierwszy spotkałem się z rapem Bałagane chyba dzięki blogowi Urba z Dinala, jakieś 3-4 lata temu. Wtedy go zlekceważyłem – wszystko, co miało stać się jego największą siłą, zaledwie majaczyło na horyzoncie, a ja byłem typem czytającym bloga Urba z Dinala. Dlatego gdy do mojego feeda zaczęły dobijać się kawałki z Koldim (który, mam nadzieję, wyciągnie wnioski z Lotu 022 i zapierdoli wreszcie zwarty, solowy materiał na miarę swoich możliwości) i z Belmondziakiem, byłem trochę skonfundowany – nagle zacząłem widzieć tych gości zbyt jasno.

Kaz dokonał niesamowitego skoku, nie dokonując rewolucji – szlifował po prostu własne umiejętności, nie wydurniając się z nic niewnoszącymi, przypominającymi progrockowy onanizm przyspieszeniami, kładąc linijki na bity w wolnych tempach. Pozostawał technicznie nienaganny, ale to jego charyzma i błyskotliwość dominowały nad formą. Akurat w Polsce rzadko zdarza się, by "progres" rapera dotyczył m.in kwestii rozbudowania języka – Bałagane zyskiwał giętkość, na przykład dokonując zajebiście kreatywnych i śmiesznych neosemantyzacji i przechwyceń w obrębie slangu, odkrywając zajawkę, jaką daje poszerzanie granic własnego idiolektu, do tego pracując nad głosem, artykulacją i po prostu rosnąc w oczach jako bezkompromisowy ziomek obdarzony odświeżającą charyzmą.

Smolasty na Lot 022 dostarczył paczkę bitów spójnych, opowiadających jakąś historię, brzmiących jakby cały nurt postmustardowy, zwłaszcza w subtelniejszej, RnBassowej odmianie, nafaszerowany został kodeiną i xanaxem. Dla tych, którzy jarali się doborem triumfalnych, hymnicznych, ratchetowych i trapowych bitów na Sosie, Ciuchach I Borciuchach, delikatność i zwyczajne piękno tych podkładów mogą być zaskakujące, ale też na początku niedostrzegalne przy szalejącym na mikrofonie Bałaganie, których chwyta za mordę od pierwszej linijki i do zamykającego "Dr. Traphouse" z Belmondo nie puszcza nawet przez chwilę. Bity, rap i oprawa graficzna tworzą tu nierozerwalną całość, historię pseudoprzyjaciół, frajerów, młodych dilerów i dziewczyn dorabiających na odlotach. Przy całej mizerii obecnej polskiej sceny najłatwiej będzie zestawić Bałagane z Oskarem z Pro8l3mu, również zanurzonym w warszawskim cwaniactwie, ale dostającym gorsze bity, obdarzonym mniejszymi umiejętnościami sklejenia rasowego hooka (każdy refren tu siedzi w głowie przez długi czas), bardziej podejmującym dialog z polskimi klasykami ulicy w linii Molesty niż przyglądającym się na bieżąco najciekawszym rzeczom z Zachodu.

W czasach, gdy na DatPiffie, Livemixtapes czy HotNewHipHop pojawia się każdego tygodnia co najmniej kilka wartych odsłuchu i wyciągnięcia wniosków materiałów, Lot 022 to papierek lakmusowy dla lamerskiej polskiej sceny, zdominowanej przez starzejących się, osiadających na laurach, zmęczonych szołmenów po trzydziestce, dla których wyznacznikiem sukcesu jest umiejętna rynkowa mimikra, odpierdalanie fuszery w oparciu o imitacje dla dziewczyn (VNM) czy imitacje dla dzieci (dociskający żenadometr do granicy Tede). Niektórzy znaleźli sobie sposób na przypodobanie się statystycznemu czytelnikowi weekendowej Wyborczej, inni handlują energetykami, jeszcze inni nagrywają płyty z interpretacjami wierszy Różewicza. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że z daleka widać niechęć do muzyki, która dała gościom względną stabilizację materialną, słychać, że męczą się wynajdywaniem rzeczy na własną rękę, zajęci swoim biznesem z koszulkami, przypinkami i prowadzeniem instagramów. Amerykański i brytyjski mainstream trafia do nas w polackiej formie, tak jakby ktokolwiek chciał słuchać polskiej wersji Drake’a, Kanye czy Ricka Rossa. Oczywiście najgorszymi dzwonami są ludzie otwarcie przyznający "nie słucham rapu, wy se dzieciaki słuchajta, a ja sobie zapuszczę Natalię Przybysz, Flirtini Records, The Weeknd, z polskiego rapu ewentualnie Taco Hemingway, wiem, że brzmią jak gówno z gównem, ale wpierdalam". Słusznie, geniusze, nie schylajcie się po dobrą muzykę, bo mogę wam przy okazji zasadzić kopa w dupę.

Dlatego też duet Bałagane x Smolasty z pozostającym w tej orbicie Belmondo pokazują, jak świeże inspiracje, od chicagowskiego drillu, przez "ringtone rap" po najciekawsze rzeczy we współczesnym r’n’b – wow, uwaga, serio – nie przeszkadzają w szlifowaniu własnego stylu na diament; jak słuchanie rapu, korzystanie w dużej części z rapowych rekwizytów, patentów na historie i osiedlowej gadki nie musi stać w sprzeczności z wyartykułowaniem własnej wizji zajebistej muzyki. Jeśli komuś nie przypadnie do gustu Lot 022, bo nie lubi rapu, to spoko, "nikt tu ćpać wam nie kazał". Tylko jeśli ktoś będzie upierał się, że jednak coś tam tego rapu słuchał i że słyszał w ciągu ostatnich kilku lat w Polsce płytę równie dobrą jak to, co wydał Bałagane, to raczej pewne – jesteś karzeł, Twoja klika stulejarze i skaczecie na Brutażu.

Łukasz Łachecki    
29 maja 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy