RECENZJE

Badly Drawn Boy
Have You Fed The Fish?

2002, ArtistDirect 6.1

Faken szet. Nastawienie się na zjebkę przed wyjściem albumu to, zdaje się, coś co nie powinno mieć miejsca w wielu przypadkach. Mimo wszystko cienki soundtrack do równie dobrego filmu z Hugh Grantem z powodzeniem można było odebrać jako jaskółkę zwiastującą degrengoladę Badly Drawn Boya. Kilka instrumentalnych wprawek napaćkanych przez Van Gougha w sam raz wpasowałoby się w realia tele-shopu, jako backup dla Klaudiusza i tej grubej, sprzedających jakiś supernóż krojący francuski ser w nieprawdopodobnie cienkie plasterki. Szok? Szoook. A Elliott Smith, o ile jeszcze kontaktuje, ucieszył się, że znika mu najgroźniejszy konkurent. Czarny scenariusz najwyraźniej nie sprawdził się tym razem, po roku sprawy mają się już znacznie lepiej. Pozytywnie. Jest wporzo, jest git.

Dobrze, wrzucając Damona do pojemnego kontenera z nalepką singer/songwriter (a dokonali tego już wszyscy przede mną) pociąga za sobą drobne wyjaśnienie. Mianowicie istnieje kilka kategorii songwriterów – na jednym biegunie znajduje się siedemdziesięcioletni Johnny Cash, na zwrotniku Raka przepełniony bólem Will Oldham, a Badly Drawn Boy wpuszcza w nasze smutne życie trochę światła. Co może okazać się pocieszające dla naśladowców Casha, planujących emerytalną aktywność, ale nie potrafiących wysmażyć porządnego CV po angielsku, idea songwriterstwa trwać będzie wiecznie, z powodu ludzkiej potrzeby a) dorabiania głębi do utworów śpiewanych przez osoby starsze niż nasza redakcja razem wzięta; b) obcowania z nocnymi absolutami; c) rozkoszowania się melodią. Ilu z was zastanawiało się, czy prowansalskich trubadurów można zaliczyć do grona songwriterów, czy traktować ich performanse bardziej na zasadzie poezji śpiewanej? Polecam ten problem do porannych przemyśleń.

W każdym razie jeśli chodzi o ostatni punkcik, to nic nie brakuje Damonowi Goughowi, bo skurwielek ma do tego niebywałą smykałkę. Być może jeszcze większą niż wspomniany konkurent-kokainowiec; na XO dostrzegłem tylko jakąś zrzynkę z Beatlesów i pomyślałem, że przydałoby się tam trochę pastiszu w stylu Bułata Okudżawy. Nie, serio ludzie, to chciałem powiedzieć, że lubię Smitha, jego piosenki są naprawdę ok, ale The Hour Of Bewilderbeast moim skromnym zdaniem przebija Elliotta. Niby krążek o długości prog-rockowej solówki (63 minuty), a jednak prawie (chodzi tu o kilka słabszych momentów zmarnowanych na "parapapa", oraz mizerne próby stylizacji na Simonie i Garfunklu) w ogóle nie przynudza. Podobne zalety prezentuje najnowsza płytka, co prawda mniej udana, wszakże od zawodu bardzo daleka.

Bardzo przyjazne nastroje wzbudzają zwłaszcza wszelkie smyczkowe i orkiestrowe smaczki: nie tak wykombinowane jak na debiucie, który pod względem dopracowania aranżacyjnego jawi się jako popowy majstersztyk niemalże, jednak również w sympatyczny sposób podporządkowane myśli przewodniej piosenki, dostarczają wiele radości. Tak, generalnie Damien ma dobry humer, ale nawet pomimo nieobecności mgiełek na miarę "Cause A Rockslide", tu też przemawia chwilami melancholia, kiedy na przykład pojawiają się teksty w rodzaju "I remember doing nothing on the night Sinatra died / And the night Jeff Buckley died / And the night Kurt Cobain died / And the night John Lennon died / I remeber staying up to watch the news with everyone". Niby kicz i profanacja, a jednak nostalgia chwyta za gardło. Kierując do mnie to pytanie, o śmierci Sinatry dowiedziałem się rano z Gazety Wyborczej, co od razu przywodzi na myśl Agorę, dalej Komisję Śledczą, następnie reklamówkę tej imprezki, przypominającą początek Reservoir Dogs Tarantino, a na końcu postać posła Smolany. Eh.

I jeszcze jedno – błędem byłoby nadmiernie wytężone wsłuchiwanie się w Have You Fed The Fish?, bo wtedy nagle i niespodziewanie ukazuje się prostota tego krążka. Pozwólmy jednak płytce zagrać niezobowiązująco, a wszystkie jej uroki wypłyną na powierzchnię, przykrywając mankamenty. Teraz idę obierać ziemniaki na obiad i zgadnijcie co pójdzie.

Michał Zagroba    
31 marca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie