RECENZJE

Azari & III
Azari & III

2011, Loose Lips 6.5

Dwa lata temu po raz pierwszy usłyszałem o Azari & III. Powstał pewien szum wywołany kontrowersyjnym teledyskiem do singla "Hungry For The Power": szczypta erotyki, bryzgi krwi i ochłapy mięsa. Taka tam zabawa z kiczem. Z jednej strony akcja zwracała uwagę, z drugiej – chyba przyćmiła ten charakterystyczny utwór i szybko wyparłem go z pamięci. Nie miałem styczności z Azari & III aż do ich tegorocznego długogrającego debiutu. Znalazło się też miejsce dla wzmiankowanego numeru. Co do sytuacji sprzed dwóch lat, to warto też odnieść się do wszechobecnych porównań do Hercules And Love Affair – nowojorskiej trupy objazdowej, będącej wtedy niedługo po swoim głośnym debiucie. Cóż, na mnie tamten album nie wywarł specjalnego wrażenia i myślałem, że historia już dawno o nich zapomniała, ale mozliwe, że byłoby uszczerbkiem dla kontekstu pominięcie, iż pomysł i forma współpracy duetu producenckiego z soulowymi wokalistami nasuwają oczywiste podobieństwa.

Na albumie nowojorczyków śpiewał Antony Hegarty. Postać znana tyleż za sprawą swej przejmująco emocjonalnej barwy, co egzystencjalnych rozkmin i transseksualnej otoczki, które przybierają przeestetyzowaną postać we wszelkich formach, w jakich się jej talent zmaterializuje. Estetyka igraszki z płciowością i jej kulturowymi kodami powraca w kampowym sztafażu muzyki Kanadyjczyków. Można się temu przyjrzeć w teledyskach grupy, ale nie tylko tu jest coś na rzeczy. Ja na przykład przy pierwszej z nimi styczności wziąłem wokal Cedrika Gasiady za kobiecy. Niski timbre udzielającego się nieco mniej Fritza Heldera nie wzbudza już wątpliwości. Ich skontrastowane barwy nadpisały się nad produkcjami pochodzących z Toronto Dinamo Azari i Alixandra III, zbierając sporo z zasłużonego im splendoru.

Jednakowoż to te mniej wokalne tracki są tu dla mnie najciekawsze. Christian Farley i Alphonse Lanza - bo takie są ich prawdziwe imiona – odświeżają brzmienia o dekadę późniejsze, niż to było w przypadku HALA i ich fascynacji 70s’owym disco. Kilka miesięcy temu, gdy Wojtek zagadał mnie w sprawie Azari & III, spytał czy nie sądzę, iż ta okładka sugeruje: ogarniamy house. To by się zgadzało i mowa tu o jego klasycznej chicagowskiej postaci. Mój ulubiony w zestawie "Indigo" ma wszystko co dla genre najlepsze: rozpędzony bit perkusyjny z handclapami i rolandowym basem, narastające nad tym pętle zawodzących wokali i inne ozdobniki, moment zawieszenia i przełamania ciężkawego klimatu pianinowymi loopami. W podobnie klubowym, chyba nawet bliższym Detroit duchu utrzymany jest "Infiniti" czy ''Change Of Heart'', który jednak w połowie inkorporuje elementy zwiewnego nu-disco. I taki jest właśnie jest cały album. Lawiruje między mechaniką oldschoolowego house'u, kampowością electroclashu ("Undecided") i piosenkowością electropopu odniesioną do dokonań nieszczęsnych Hercules And Love Affair, ale też np. Hot Chip. Takie a nie inne porównania implikują niestety przy okazji swego rodzaju transparentność muzyki – ''brakuje tego elementu zaskoczenia'' cytując klasyka. Niemniej materiał ma świetne otwarcie i singlowe zanadrze. Każdy sobie coś wyskubie.

Michał Hantke    
28 grudnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie