RECENZJE

Ayo
Joyful

2007, Umvd Import 2.5

Zanim Ayo stała się niekwestionowaną królową Polskiego OLIS-u, płyta ta ani mnie grzała ani ziębiła, w sumie miałem ją w dupie i tak dalej. Ale po tym jak zdetronizowała boską Nelly, sprawa stała się na tyle poważna, że postanowiłem się bliżej zapoznać z zawartością krążka. I nie jest tak, że byłem do tego wszystkiego jakoś uprzedzony: ot co, kolejna pozycja do windy, o niewielkim znaczeniu historycznym, ale też niskiej szkodliwości społecznej. Co tu dużo gadać: Ayo nudzi, smęci i generalnie cierpi mocno; naprawdę można się przy tym wszystkim pociąć i mocno we wszystko zwątpić. Naturalności jest tu tyle, co u Garou, który ponoć, zanim pokochały go miliony, grał i śpiewał na stacji paryskiego metra. Joyful to kolejna mowa-trawa, okraszona akustycznym brzmieniem dla każdego i dla nikogo. Okazuje się jednak, że Szturomski po raz kolejny nie ma racji, że się myli, że Poland to łyka, pada na kolana i mało tego: idzie do sklepu i masowo kupuje. Fenomen? Nie do końca – pamiętacie jeszcze o Katie Melua... Mogę się założyć, że Ayo będzie gwiazdą tegorocznego festiwalu piosenki w Sopocie. Ale, jak mawiają górale, medal ma zawsze dwie strony: płytę Ayo możemy na przykład sprezentować komuś, kogo nie cenimy za wyszukany gust muzyczny – będzie miał złudzenie obcowania z czymś istotnym, pewnie się nawet wzruszy. Szkoda baterii na takie płyty, nie ma co też się nad nimi znęcać: one po prostu są, były i będą, nic i nikt tego już nie zmieni.

Michał Szturomski    
12 kwietnia 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie