RECENZJE

Avey Tare
Down There

2010, Paw Tracks 6.2

AR: Wrócieeeś Aveeey, wieedziaaeeem. Prosto z jakiegoś US-owego Kijowa, gdzie wytargał za brody wielu singer-songwriterów – i wrócił jako jeden z nich. I wypuścił i on swoją "ćwiartkę". Iiiiiiiiiiiiiii.... nie chce być aż takim domokrążcą jak Panda. Niby też nasadził kawałków tropików wokół Nowego Jorku, ale są to kawałki głodne przede wszystkim w miarę cierpliwego słuchacza. Spokojnie można tu pospijać dzikiego mleka kokosa, ale wraz z nim trzeba przełykać tag experimental. Inna sprawa, że ten album, choć nie uszczknął niczego znacznego z popowej bomboniery, jest i tak tylko stylizowany na nieprzystępny, wysmagany cudzysłowami, posiekany nawiasami i przyprószony tartym mchem z kuchni Forest Swords. "Przykładowo", "Laughing Heiroglyphic" i ukoi, i na eksperymentalnym poletku trochę pożnie, ale nietypowe używanie sobie w zakresie instrumentarium skutkuje całkiem spójnymi wycinankami z melodią z offu. Nie mogę się z Avey'em nie zgodzić, że okropny akustyk w "3 Umbrellas", nastrojony za pomocą jakichś przegięć pociska całkiem zajmująco i nawet na nadbajkalskim targu mógłby udawać świeżą barakudę.

W recenzji na Animal Planet mogliby rzec, że Tare ma tu krótszy ogon, niż w swoim zespole cudownym i nie merda nim bez opamiętania. W sumie trochę przysłuchuje się sobie uszami, by nie szukać daleko, Juliana Lyncha. I nie obraża się na chillwave'owców. Operuje wokalem animalowym, ale odymionym, pogrążonym w ambientowych efektach w jeszcze większym stopniu, niż na Fall Be Kind. Styl śpiewaczy AC, który z czasem zaczął przechodzić w miejscami nużącą manierę, na "Down There" balsamicznie się rozpływa, głosy czepią się muzyki naturalnie jak koliberki oswojonej orchidei, nie mdląc. Można porównywać "Ghost of Books" (polonicum: chwileczkami melodyjka jak u pana Soyki!) do debiutanckiej solówki Pandy, ale tym wyraźniej się zobaczy, że Avey niczego niepotrzebnego mi tu nie nawpuszczał i nie powypuszczał z rąk sznureczków n.i.g.d.z.i.e. Kierunek ciekawy, namysł – uwolniony od słodko-demonicznego ciążenia ku półkom sklepowym doby MPP – zmierza ku niewymuszonej rzetelności konstrukcji, co daje szóstkowość z kawałkiem, zaś czas zyskany na niepisaniu kolejnych paru akapitów poświęcam na dalsze odsłuchy.

JM: Solovy Avey jest dokładnie taki, jak można się tego było spodziewać: słychać, że za krążkiem stoi członek Animali, słychać także, że jest on sam. Nie da się zatem przyczepić do świeżości i oryginalności freakowatych aranży, same piosenki natomiast wydają się być bardziej szkicami niż kompletnymi dziełkami. Swoją drogą sporo mnie z Avey'em łączy – zabujałem się w jego obecnej żonie jeszcze zanim on sam ją poznał! To było w 2002, gdy Múm, grał w CDQ a Valtýsdóttir miała na sobie ten sweter. Pamiętam, że czekając po koncercie na autobus, układałem w głowie list samobójczy.

KM: Kría Brekkan, wiadomo, dziewczyna pierwsza klasa – zawsze miło coś tam o niej napisać. W tym wypadku przywoływanie jej osoby jest jednak szczególnie na miejscu, bowiem solowy debiut Aveya Tare'a zdaje się nawiązywać do – że tak się wyrażę – filozofii tworzenia, która przyświecała pracy nad ich wspólnym albumem, Pullhair Rubeye, a sprowadzała się do nonszalanckiego "no to teraz SOBIE pogramy". Co prawda, nie uświadczymy tu radykalnego, celowego psucia piosenek, a raczej songwriterskie operowanie materiałem już zepsutym, przeżartym przez różne kwasy, porośniętym grzybami i zamulonym nie-wiadomo-czym, ale poziom wyjebania na "chwytliwość", "przebojowość" i "uznanie" jest podobny. Mimo to, nie trzeba się przerażać – wszak w ostatnich latach nie z takimi freakami mieliśmy do czynienia. Avey Tare pewnie nie zwojuje wszelakich podsumowań jak jego kolega z zespołu, szału na miarę Merriweather też nie będzie, ale kilka przyjemnych odsłuchów (w pakiecie z zapachem dziwności zbóż i dziwnych zwierzęto-ezoteryczno-pleków, przypominających o nietrwałości bytu) Down There może zaproponować na pewno.

FK: Duchy, które zniknęły, wydane – przypomnijmy – w 2000 roku, to – co oczywiste – pewniak w zbliżającym się podsumowaniu dekady. I tak, niemal rzutem na taśmę, wzięliśmy sobie jeszcze to, co solowy Avey ma do zaproponowania na otwarcie nowej dekady. I jeśli nie nastąpi jakaś straszliwa dewaluacja muzyki – co też jest możliwe – to o Down There zapomnimy na dobre przed zapaleniem zniczy. Macierzysta formacja Aveya od prezentowania światu nowych dzieł nie stroni, a ta nadprodukcja powoduje – tak gdzieś od dwóch sezonów – moje rozkojarzenie. I wybaczcie, że oprę się na oczywistym porównaniu – wybaczacie, bo to ostatni akapit – ale niejaki Panda na Person Pitch odszedł na moment od oczywistej estetyki Animal Collective i wykreował świat, być może pokrewny, ale noszący znamiona "własnego". Avey okazał się konserwatystą w swoim szaleństwie i cały czas łypie za siebie. Ukłon, strzałka, dawać Tomboy’a.

Krzysztof Michalak     Andrzej Ratajczak     Jędrzej Michalak     Filip Kekusz    
29 października 2010
BIEŻĄCE
Zbigniew Stonoga"Uśmiechnij Się"
Young ThugThe Best Of Young Thug Leaks 2019