RECENZJE

Avalanches
Wildflower

2016, Modular 4.8

Można by na siłę próbować, w ramach ćwiczenia warsztatowego, podejść do Wildflower jako do osobnego bytu, w całkowitym oderwaniu od poprzednika, a tylko i wyłącznie w planie premierowej muzyki z 2016 roku. I w sumie gdybym pisał ten tekst na przykład dla "Dwutygodnika", to taka metodologia – choć dla mnie osobiście niewygodna i sztuczna – miałaby nawet rację bytu na zasadzie "OK, zobaczymy, co mi z tego wyjdzie". Ale piszę w tej chwili dla Porcys i nie chcę nikogo oszukiwać. "Reprezentuję redakcję" – a jeśli mówimy o korzeniach tego serwisu, to "redakcja" jako instytucja i "redakcja" jako "formacja towarzyska" były tu na początku pojęciami niemalże tożsamymi. Dopiero co zakończone skromne obchody 15-lecia Porcys to może dobry moment i pretekst, żeby nakreślić tu adekwatny kontekst. Wprawdzie pierwotnie Since I Left You wyszło pod koniec 2000 roku, ale europejską dystrybucję zyskało kilka miesięcy później i dla wielu z nas było soundtrackiem lata 2001, a potem kolejnego, i kolejnego i jeszcze kilku kolejnych. Dlatego nie mam wątpliwości, że dla tutejszych ojców założycieli to jeden ze świętych artefaktów z epoki, gdy "życie miało sens", przed cywilizacją spektaklu, jeszcze od początków lotnictwa.

Zagadka Since I Left You raczej nie jest do rozwikłania. Nieprędko. A już na pewno nie w formacie recenzji online. Fenomen zakrawa bardziej na książkę, czy raczej grube TOMISZCZE (swoją drogą patrzę na Was, wydawcy cyklu 33 1/3, choć wiem, że każdy potencjalny autor ma cykora, sraczkę wręcz, na samą myśl o rozpiętości tematu). Ale żeby zrozumieć dość bezprecedensowy (przynajmniej w świecie relatywnego "mainstreamu", nawet w świetle Paul's Boutique) język, jakim posługiwali się Australijczycy na swoim albumowym debiucie należałoby się chyba cofnąć do mitycznego już dziś mikstejpu z 2000 roku, zatytułowanego Gimix i rozprowadzanego ponoć w 800 egzemplarzach na kasetach jako coś w rodzaju "materiału promo" przed właściwą wysyłką finalnej wersji albumu. Gimix to jakby Since I Left You od kuchni, na etapie roboczym – ważny dokument pozwalający wniknąć z bliska w genezę powstania tego longplaya. Mimo legend o punkowych korzeniach nie ma chyba wątpliwości, że Avalanches wywodzą się ideowo z tzw. "kultury didżejskiej" i źródła ich cross-samplowej kombinatoryki są mniej konceptualne, niż ich efekty z całym bagażem kulturowych następstw.

Ciężko uwierzyć, że – jak chcieliby niektórzy – tak wyglądałoby Since gdyby udało się wyclearować wszystkie sample, ale mamy tu kliniczny wgląd w moment kiedy z didżejów panowie stają się kompozytorami, aranżerami i producentami albumu. Kreatywność w użyciu "Like A Rolling Stone" Dylana, "Saturdays" De La Soul, "Crosstown Traffic" Hendrixa czy "Girls Just Wanna Have Fun" Lauper (aczkolwiek przyznajmy, Smiths i Beatlesi nie byli tam najpotrzebniejsi) otwiera de facto nowy rozdział w sampledelii, o krok przed cwanym turntablizmem DJ Yody i na kilka lat przed modą na bastard-commercial-pop w wykonaniu Girl Talk. Sekretem sukcesu była nie tylko dekontekstualizacja poszczególnych skrawków, ale i specyficzne, emocjonalne podejście do materii. To jakby mashupy sprzed komercjalizacji tej formuły – to delektowanie się, a nie sprzedawanie na ilość, wirtuozeria jako funkcja serca, a nie dłoni. Taką strategię objęli podczas sesji mikserskich Chater i Seltmann, a za nimi kolejni członkowie ekipy. W rezultacie powstały "nieskwantyzowane do grida", organiczne dialogi 900 lub nawet kilku tysięcy próbek dźwięku (ich precyzyjna liczba nie ma żadnego znaczenia i służy jedynie mitologizacji, uromantycznianiu zjawiska) płynące jak nieskrępowany potok ludzkich wspomnień po paru zimnych drinkach.

Parę tygodni temu rozmawialiśmy z redaktorem Zagrobą o przykładowym użyciu "Tammy" Debbie Reynolds, łzawej ballady z lat 50. Wtem w jednej z nieczęstych (i przez to bezcennych) chwil bezbronnego otwarcia się z własnym zachwytem MZ zagaił znienacka: "Ale jak myślisz... Jak oni to zrobili... MOIM ZDANIEM – i dlatego jest tylko jedno Since I Left You i nie są w stanie tego powtórzyć – całe życie katalogowali swoje doznania artystyczne, że notowali z filmów, z muzyki, i skomponowali z tego arcydzieło, z wynotowanych strzępków. No bo przecież nie mogli sobie nagle przypomnieć, że tu akurat pasowałby fragment melodii piosenki z 1957 roku? Wydaje mi się, że nie może być innej możliwości" (tu dodam od siebie – "prawda doktorze?" – wiadomo skąd cytat). Więc jeśli ta teoretycznie bezczelnie kiczowata w sferze pasma brzmieniowego (milusia, mięciutka, iście muzakowa w "wysokim środku" rejestru) lawina sampli faktycznie przepowiedziała hauntologię z jej wszelkimi konsekwencjami, to wcale nie tylko dlatego, że w gruncie rzeczy pełniła rolę edukacyjną niczym indeks przypisów do surfowania z Wikipedii (tzw. "pełnia życia" – słuchanie i czytanie o tym równocześnie), a jej otoczka narracyjna włącznie z malowniczą okładką (ekscerpt z pracy amerykańskiego ilustratora Fredericka Marsha) niczym szczytowe osiągnięcia exotiki odsyła do konkretnych miejsc i zachęca do odbycia własnej "podróży wyobraźni" nakreślonym przez utwory szlakiem.

Tu idzie o coś więcej – o przeniesienie własnych, namacalnych przeżyć autorów na komunikat tak przyswajalny i "zapraszający", że aż można się w nim wygodnie rozsiąść, swobodnie odnaleźć, zidentyfikować i ostatecznie wpisać swoje skojarzenia do równania. Stąd właśnie wziął się ten nieuchwytny koncept-nie-koncept, jak Sgt. Pepper's który de facto nie miał linearnej "fabuły", ale piosenki spajał wspólny klimat wzajemnych odniesień. Ten background jest też przyczyną wielkiego paradoksu SILY czyli wewnętrznej sprzeczności nastroju między letnio-imprezowo-plażową wibracją, a przyczajoną ciągle w tle tęsknotą za mijaniem w "real time". Uczuciowe pamiątki nawiedzające kolejne tracki są tak świeżą raną, że każdy krok na parkiecie i każdy łyk słodkiego alkoholu tylko pogłębia ich intensywność w czasie rzeczywistym – poza "Dancing Queen" nikt nigdy nie wyraził tej świadomości "aktualnej ulotności" tu i teraz tak sugestywnie, za pomocą wściekle chwytliwych, tryskających humorem, dance'owych groove'ów. Epickie artykuły o pionierskich dokonaniach Schaeffera, sławetny "ontologiczny remontaż" redaktora Jędrasa, nawet wspaniale mroczne, transowe i eksperymentalne Endtroducing - skądinąd sympatyczne i zdecydowanie pożyteczne – zasługują na zaledwie "to były dane statystyczne... uwaga bramka...!" od Zydorowicza. ("Basler.") Avalanches dotknęli tętniącego sedna jaźni. To różnica.

Dlatego właśnie choć naiwnie wierzyliśmy, że oto narodził się osobny genre i już zawsze będzie tak fajnie, to rozmaite kontynuacje od Jasona Forresta przez Quiet Village aż po Air France okazywały się być stylistycznymi ćwiczeniami pozbawionymi wielopoziomowego potencjału rozkminnego. I dokładnie tego typu rozczarowanie dotyka mnie przy Wildflower, któremu w kategorii długo przeciągniętych comebacków (nadal pamiętam ten dreszczyk emocji, gdy remix "A Ray Of Zdarlight" był ponoć teaserem sofomora w 2005) imho zdecydowanie bliżej do niewypału 100th Window, niż olśniewającego, ponadczasowego statementu mbv. Przy czym nie chcę tu rzucać dziecinnych określeń typu "słabe", bo ani ten album na to nie zasługuje od strony warsztatowej, ani też nie mam zamiaru szkalować kolesi, którzy tak otwarcie demonstrują miłość do Beach Boys. (Bo nie oszukujmy się, jeśli ktoś jeszcze ma jakieś wątpliwości, to ten album równie dobrze mógłby nazywać się Sun Honey.) Ale ciężko mi pogodzić się z tym, że mimo udziału paru spośród moich ulubionych muzyków ostatniej dwudziestolatki (Bundick, Dumile, Donahue, Parker) niewykluczone, iż podobnie zatytułowane krążki Toma Petty czy Sheryl Crow zostawiłyby we mnie trwalszy ślad. (Gdybym ich kiedyś posłuchał.)

Szukałem odpowiednio obrazowej metafory na przepaść dzielącą obie płyty. Tę nudność motywiczną i cienkość, transparentność aranżacyjną nowej versus rajskość hooków i nieprzenikniony gąszcz nawarstwionych kolaży starej. A skoro redaktorzy Piechota i Gawroński sięgali już po argumenty "kosmiczne" przy omawianiu debiutu Australijczyków, to teraz taka fikcyjna anegdotka. Wyobraź sobie, że wujek zabrał cię w młodości rakietą na księżyc i z powrotem, co bezpowrotnie zmieniło twoje życie. Nagle 15 lat później wpada do was wujek i mówi: "zapraszam cię, spędzimy znów razem dzień, mam niespodziankę". Więc idziesz, jest spacer po molo, gofry, obserwowanie kaczek pluskających się w wodzie. A potem wracasz do domu i domownicy pytają cię: "no i jak było?". I co masz im powiedzieć? Że fajnie, ale 15 lat temu polecieliście w kosmos? A tym razem pochodziliście trochę nad wodą i zjedliście gofry obserwując kaczki? Innymi słowy – skala przeżyć tak odległa, że wszelkie porównania muszą budzić politowanie. Ten mecz już się skończył. Ta zupa już wystygła, jest zimna. Powtórzę jeszcze raz: wynik płytowy KWW Avalanches to jest jakaś porażka. Nieporozumienie. Zresztą... Szkoda strzępić ryja. Nie warto było.

Borys Dejnarowicz    
7 września 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie