RECENZJE

Autechre
Confield

2001, Warp 7.8

Czy kontrowersyjność dzieła może być jednocześnie miarą jego wartości? W przypadku ostatniego płodu Autechre myslę, że ta zasada się sprawdza.

Płyta Confield jest jedną z tych, które nie poddają się jednoznacznej ocenie. Najlepszym na to dowodem jest rozłam, jaki spowodowała w dotychczasowej gwardii wyznawców duetu. Jedni odwrócili się zadąsani, z wyrzutami, że nic z tego nie rozumieją, ekstremiści z drugiej strony mówili o najlepszym albumie w całej dyskografii wyspiarzy. Rację mają jednak ci, którzy uznają bezkompromisowość oraz kolejny progres w działalności nieustannych penetratorów obszarów, tworzonych przy pomocy elektronicznego ekwipunku. Penetratorów ambitnych, nieprzewidywalnych, wybitnych, genialnych, zafascynowanych procesem tworzenia sztuki, wkraczaniem na tereny dotychczas ludzkim rozumem nietknięte.

Muzyka tu zawarta jest bardzo krucha, a jej istota ukryta jest w niezwykle głęboko i zawile utkanej strukturze. Strukturze, która na pierwszy rzut ucha wydaje się niestrawną kakofonią, bełkotem dźwięków, mającym niewiele wspólnego z tradycyjną kompozycją. Całość w równym stopniu intryguje, co drażni abstrakcyjną treścią.

To nie jest najlepszy album Seana Bootha i Roba Browna. Mimo tak silnej, niemal wieszczej pozycji w elektrozycznym światku i niewątpliwym wpływie na całą współczesną scenę inteligentniejszej odmiany technicznej muzy, pozostają twórcami, którym nie zależy na posłuchu, oddanej publiczności i aprobacie krytyki. Robią swoje, a to, czy komuś się to podoba, czy nie, jest poza ich kręgiem zainteresowania. Ja należę do tych, którzy widzą w Autechre dążność do nieodkrytego. To, że przypłacają ją brnięciem również w obszary chore i niepotrzebne, jest naturalną ofiarą, potwierdzającą odkrywczy potencjał. To decyduje też o tym, że Confield nie jest płytą, którą polecałbym szczególnie z całego dorobku mistrzów.

Asynchroniczne faktury, operowanie przetworzonym szumem, kanonady mechanicznych bulgotów i głuchych puknięć, mozolne, upośledzone muzycznie, toczące się obiekty, spełniające funkcję nadawania rytmicznego kształtu, tranzystorowe melodie, a raczej ich strzępy, często poukrywane w gęstych, akustycznych chaszczach – prawda, że nie brzmi zachęcająco? Co sprawia, że zagłębiam się jednak od czasu do czasu w tę krainę? Właśnie jakiś trudny do sprecyzowania talent do tworzenia piękna, nostalgiczno-paranoiczny klimat, znamionujący coś ważnego.

Już "VI Scose Poise" zapowiada niekonwencjonalną muzykę. Przez ponad dwie minuty przysłuchujemy się jednostajnemu, blaszano-pukającemu rytmowi, aż w końcu wyłania się delikatna, ambientalna melodyjka, która powtarzana, za każdym razem wybrzmiewa z coraz większą mocą, ukazując jak gdyby swoją drugą, demoniczą naturę. "Pen Expres" rzeczywiście w porównaniu z innymi trackami zaczyna się ekspresowo. Pocięty, progresywny bit, prący do przodu, wstrzymywany jest przez nie przystające do niego, karłowate pomruki basu i elektroniczne przywry, tworzące opór wyrywającej się motoryce. Po krótkiej chwili docierają potężne w swym wyrazie baterie autechrowego syntezatora – najpierw ledwo dostrzegalne, potężnieją z każdym taktem i wyzwalają świetny rytm. W "Parhelic Triangle" z-echowane cymbały wytwarzają niespotykaną i trudną do opisania aurę, warstwa rytmiczna sprawia tu wrażenie żywej, przy końcu padającej ze zmęczenia, tracącej wątek, a całość wieńczy melancholijna, wątła melodyjka.

W "Lentic Catachresis", chyba moim ulubionym na krążku, odkryłem podobieństwo do kawałka z płyty Atom Hearta "Schnitstelle", ale nie ma to większego znaczenia. Kluczem w tym kawałku jest uważne wnikanie w pastelowe plamy melodyczne, które grane z pewną amplitudą wprowadzają w błogi stan, a w połowie nagle nas opuszczają, pozostawiając po sobie ledwie wyczuwalną linię, która jest dla mnie największą zagadką krążka, to znaczy nurtuje mnie to, czy ona tam jest, czy jej nie ma. Prościej byłoby to stwierdzić, gdyby nie ta nieznośna nawałnica pisków i puknięć, która zaczyna się w momencie odejścia tych mikroambientalnych plam. Gdy tylko wydaje mi się, że pod tymi wyładowaniami ta piękna, płynąca pozostałość jednak jest, ona znika, tak jak różki ślimaka.

To nie jest płyta dla wszystkich. Raczej dla tych, którym kontakt z nowymi formami ludzkiej kreacji (mieszczącej się w ramach muzycznego humanizmu) jest bliski, a czasem nawet potrzebny. Aby w pełni ogarnąć przekaz, potrzebny słuchacz uważny, otwarty, pozbawiony uprzedzeń, przygotowany na wkraczanie w świat prawdziwej muzyki. Tak właśnie, nie kto inny, jak Ae tworzą autentyczną muzykę – fascynującą, obcą, magnetyczną i niezrozumiałą zarazem.

Confield jest jak dziwna książka, opowiadająca o niczym, bez właściwości, która odłożona wywołuje nieznane dotąd uczucie, złudzenie, że cos nam umknęło, pchające do sięgnięcia po lekturę jeszcze raz. Po ponownym przeczytaniu, okazuje się, że znowu niczego nie odkryliśmy, a poczucie pominięcia czegoś istotnego pozostało. Mam tylko nadzieję, że następny twór z komputerów Seana & Roba będzie bardziej przyjazny dla słuchacza.

W trakcie lub przed słuchaniem zalecany cannabis. Respekt!

Krzysztof Zakrocki    
28 marca 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy