RECENZJE

Audioslave
Audioslave

2002, Epic 1.0

Głos Soundgarden, energia Rage Against The Machine. Taki mniej więcej napis znajdziecie nalepiony na okładce debiutu Audioslave. Brzmi to fatalnie, ale tę notkę od wydawcy uważam akurat za gest miłosierdzia. Otóż, moi kochani, jest to rodzaj ostrzeżenia, ukrytego sygnału. Załóżmy, że pewien słuchacz zbłądził i pragnie poznać omawianą płytę. Może przez sentyment do dawnych czasów, może dlatego, że w sklepie to jedyna nowość, a może po prostu lubi "mocne granie". Już ma ją w rękach, zmierza do kasy i nagle widzi wspomniany napis. "Cóż za idiotyzm!!!", pomyśli sobie natychmiast. "Przecież taki projekt nie ma racji bytu. Muzyka zapisana na tym krążku nie może być dobra. Artyści, którzy nad tym pracowali, już dawno się skończyli. Teraz nie znaczą już zupełnie nic. Co oni tu mogli zaprezentować – post-grunge? A czy to przypadkiem nie jest jakiś chłam? No chyba jest, wiec czy nadal chcę zmarnować pieniądze w równie głupi sposób? Jest przecież tak wiele znakomitych albumów, których nie posiadam". Odkłada płytę na półkę i z uśmiechem na ustach wraca na drogę sprawiedliwego. Errare humanum est, jak by powiedzieli filozofowie.

Jednak Audioslave nie jest tylko płytą, po którą nie warto iść do sklepu. To coś znacznie brzydszego, syfniejszego, coś miększego. No sami popatrzcie.

Album ten zaczyna się równie beznadziejnie, jak kończy, przy czym dźwięki, które słyszymy w jego środku, są równie złe, jak te na brzegach. Do tego wszystko trwa aż godzinę z okładem. Czternaście utworów, i w żadnym nie dzieje się zupełnie nic ciekawego. Ani przez chwilę. Jednostajne, monotonne gówno. Nuda, bez wyrazu, bez pomysłu, bez sensu. Niegdyś znane i lubiane solówki Toma Morello są zwyczajnie żałosne, bezproduktywne. To nie są nawet popłuczyny po Rage Against The Machine, czy Evil Empire. To nie są nawet popłuczyny po dwóch kolejnych płytach zespołu. To coś gorszego, niezrozumiałego. Przecież Tom, to był jednak mistrz. Nie każdy gitarzysta potrafi wymyślić i zagrać takie riffy, jak te z self-titled debiutu RATM. Pamiętacie solo otwierające "Fistful Of Still", albo wariacje w "Bullet In The Head"? Słuchało się tego z przyjemnością. Teraz, po dziesięciu latach, nic takiego tutaj już nie znajdziecie.

Z kolei słuchając takich utworów, jak choćby "Set It Off", czy "Exploder", będziecie święcie przekonani, że zamiast Cornella na wokalu wymiata jakiś Kid Rock, czy ktokolwiek inny obdarzony równie oryginalnym głosem. Nie wiem czy to wina kompozycji, czy się coś innego stało, ale fakt pozostaje faktem. Brakuje jeszcze załączonego na DVD teledysku z Pamelą kołyszącą wargami w rytm tych porykiwań. (Swoją drogą poczekajmy, bo kto wie, czy za pół roku, gdy wszyscy fani zakupią już płytę, Sony nie zarzuci rynku "special edition" z takim właśnie bonusem.)

Co jeszcze tak mnie nie przekonało do tego dzieła, to choćby "Shadow On The Sun", którego to początek jest nieznośną imitacją "Hands Away" autorstwa Interpolu. Bez kitu bliźniacze akordy. Nie byłoby to takie złe, bo ta melodia jest naprawdę dobra, tylko co z tego, skoro mijają sekundy i nic nowego się nie dzieje. Na dodatek niebawem wchodzi Chris (odnotujmy nieudaną próbę skopiowania napięcia z "Call Me A Dog" Temple Of The Dog – pobocznego projektu artysty), skarżąc się słowami "Once upon a time / I was out of mind". By w refrenie wykrzyczeć "I can tell you why / People die alone". No strasznie jesteśmy ciekawi, właśnie to nas interesuje.

Dla odmiany, tak sobie pomyślałem, że gdyby O.N.A. się nie rozpadli, to być może w przyszłości nagraliby coś na kształt zawartego tu materiału, ale powiedzmy, że mogą to jeszcze zrobić na którymś z pożegnalnych koncertów, więc nie zapeszajmy. Jak im się powiedzie, to frajda dla fanów gwarantowana.

A, nie powiedziałem wam jeszcze najśmieszniejszego. Podobno podczas nagrywania "I Am The Highway" do studia wpadł na chwilę Tomasz Lis. Zdaje się, że po prostu został poproszony o pomoc w tak zwanej post-produkcji tego kawałka, zresztą nieważne. Lepiej zobaczcie jak zareagował:

"Co to kurwa jest? To tak się teraz gra harmonie na dwie gitary?! Jeden gra, drugi gra, obaj bez sensu, a reszta się przygląda? Coś tam pobrzdękuje. Gdzie jest melodia? Miały być chwytliwe melodie. Kurwa. Co to za pierdy na basie? Commerford, co to ma w ogóle być?! Cornell, możesz wreszcie stulić japę, czy będziesz cały czas tak zawodził. Kurwa, gdzie jest perkusja! Wilku, żwawiej do chuja. Kto tego będzie słuchał? Kurwa. Co ci biedni ludzie z tego zrozumieją, jak ja nic z tego nie rozumiem?! Nie, panowie, wypierdalać mi z tym. Tak się dziś nie gra. Wypierdalać. Z debilami nie będę pracował".

No właśnie panowie, wypierdalać mi z takim graniem.

Jacek Kinowski    
7 marca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy