RECENZJE

Atlas Sound
Parallax

2011, 4AD 6.6

Gdzie kres tej sypialni? Przedzieram się przez wszystkie fałdy bezmiarów prześcieradła, atłasowych poduch, porzucone w pośpiechu pluszowe misie i zabawki niczym pozostałości jakiejś przedludzkiej cywilizacji. Atmosfera onirycznej gorączki, że nawet motyl latający pod lampą zdaje się zastygać od czasu do czasu, wystawiając pawie oczko na filtrowane przez firankę promienie słońca. Właściwie jednak nie wiadomo czy jest noc i dzień, zdarzają się omamy pomiaru przestrzeni. Można zasłonić jedno oko, patrząc przez szczebelki łóżka albo zawinąć się z kołdrą w naleśnik. Na środku pokoju faraon o twarzy sfinksa. Kim właściwie jest ten ziomek?

Już trochę o tym pisaliśmy. Niby mleko pod nosem, a jednak spokojnie ”wyprzedza Śledzia i całą śmietankę”, wzbudzając skrajnie różne odczucia. Dajemy się wodzić za nos iluzji, wierząc, że to prawdziwa magia, bo przecież złote monety z ust i ucha są jak najbardziej realne. Wybór: albo ”nagroman” i zręczny żongler, albo czysty strumień świadomości, który wbrew definicjom Pounda pretenduje do miana sztuki, zamienia nas w osła i stawia w żłobku, między owsianką i zbożową kawą. Gość trzyma swe projekty ciężką ojcowską ręką. Dlatego Parallax bliżej do ubiegłorocznego Deerhunter, niż do pływających myślni Logos. Pomimo wrażenia osobistego piętna ta muzyka aż plącze się w nawiązaniach, tworząc labirynt, jaki możemy spróbować przejść na papierze kolorową kredką, który jednak w istocie pozostanie pewną tajemnicą, przebłyskiem uczucia, że gdzieś jednak zbłądziliśmy, że znajdujemy się jednak gdzie indziej.

"Why don't you make a science-fiction album?", powiedziała mu Trish Keenan. Podano więc mleczną zupę. Nie wiem czy widzieliście wcześniej takie cudo? Zupa mleczna Mleczną Drogą po świderkach makaronu i wyrzuconych na brzeg muszlach. Zamiast piernikowej chatki androgyniczne dzieci śnią sen o kosmosie lanym na mleku i elektronicznej kozie Almatei, lecz wszystko jest zarazem dużo poważniejsze niż nam się zdawało. Bradford Cox to trochę czarnoksiężnik z Oz.

Jadł z cudzej miseczki i spał w cudzym łóżeczku. Na okładce przedrzeźnia Jeffa Buckleya. Na ”Te Amo” daje upust fascynacji Panda Bear, a głos wznosi w rozdarte Bjork-podobne rejony. Szczypta Thoma Yorke’a w tytułowym, nieco Blur w ”Praying Man”. Choć to ”Modern Aquatic Nightsong” zdaje się bawić w MGMT, to Andrew VanWyngarden przynosi zadanie domowe dopiero w przebojowej ”Mona Lisie”, która z zagadkowym uśmiechem spogląda w stronę ”This Time Tommorow” Kinks. Są gdzieś echa kosmicznego oblicza Mercury Rev na wysokości ”Terra Incognita” – utworu, który najpierw leniwie lewituje, by następnie wspaniale rozwiać się w głośny szum, pył i rozbłysk. Innym razem Cox nurkuje jeszcze głębiej, kładzie brylantynę na włosy i błyszczy jak gwiazda z lat pięćdziesiątych w nieco westernowym ”My Angel Is Broken”. Pozostaje jednak także druga płaszczyzna rozwijana w tekstach, w specyficznych aranżach, we wspomnianym rozpoznawalnym dotyku piętnującym każdy utwór. Tutaj Cox cały czas kontroluje grę. W tej zabawie smutne i straszne ukryte jest za grzechotką czy pozytywką, a jednak trudno czasem zgłębić jej zbyt osobiste reguły.

Za inną znaną ”Monalizą”: ”Chciałaś? Masz! Tylko co?” Zbiór intymnych ”świadomościowych” szkiców, czy kolekcję naznaczonych erudycją cytatów? Niestety dla mnie te dwie drogi odsłuchu i interpretacji tym razem nawzajem się wykluczają. Ci którzy dopasują te klocki, zbudują sobie (wcale już nie mikro) zamek roku. Ja niestety nie wiem, co się za tym kryje, słucham, a to dalej trochę duch z prześcieradeł.

Wawrzyn Kowalski    
24 listopada 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie