RECENZJE

Astrobotnia
Parts 1, 2 & 3

2002, Rephlex 8.6

Astrobotnia to muzyka. To nikt, albo ktoś, kto chce być nikim. Nie chce być kimś, chce tylko, żeby była muzyka. Nie będę zdradzał kim jest ten ktoś, bo nie na tym rzecz polega. Na koncertach gra nikt. Lepiej jak jest półmrok. I tylko srebrne jabłuszko na czarnej teczce świadczy o tym, że muzyka wypływa skądś. I lepiej jak ludzie nie interesują się, kto siedzi po turecku pod tapetem i co jakiś czas sięga ręką do powerbooka.

Astrobotnia to trylogia. To trzy, wydane jednocześnie, oblicza braindance'u. Każde inne, każde osobliwe, a jednak połączone nicią "wspólnoty wyższego rzędu". Mgławice ściągnięte soczewami z jakiś odległych zakątków wszechświata, na okładkach pierwszej i trzeciej części, wprowadzają w świat, w którym jeszcze nie byliście. Albo w jakim bywa się rzadko. Astrobotnia to daleka podróż w świat ambientalnych, kosmicznych pejzaży i zabójczo promieniujących breakbeatów tnących próżnię.

Część druga ukazała się tylko na winylu. Odróżnia się trochę przyziemniejszą zawartością. Pewnie dlatego nie ma na okładce kolorowego kosmosu. I pewnie też dlatego, że jest jakby jednak mniej poważna, bardziej żywiołowa, z wykręconymi połamańcami na pierwszym planie, ukazała się na winylu. Po prostu jest warta uwagi w mniejszym stopniu niż dwie siostry. Co nie znaczy, że jest słaba. Właściwie to na wszystkie trzy należy patrzeć jako na jedność. Płyty świetnie się uzupełniają, mają swoje własne charaktery, a ta nieznaczna odrębność "dwójki" funkcjonuje jako znakomity kąsek w przerwach między lewitowaniem przy "jedynce" i "trójce".

Sama muzyka przypomina Aphexa na sesji z Boards Of Canada. Dość powiedzieć, że zaraz po ukazaniu się trylogii, zdezorientowani nieprzeciętnym poziomem nagrań odbiorcy, nie znajdując żadnych informacji dotyczących kryjącego się za projektem tajemniczego osobnika, uznali, że to sam Aphex w tajemnicy wyczarował nową muzykę. O tym jednak, kto naprawdę stoi za tym projektem, może sugerować tytuł ostatniego utworku na części trzeciej, "I Am Mr P". To informacja dla archiwistów i poszukiwaczy prawdy.

Astrobotnia to jedno z najbliższych mi wydawnictw tego roku. Nie jest to muzyka zaskakująca, przykuwająca uwagę od pierwszego zasłyszenia, super oryginalna. W końcu co to za sztuka puścić syntezatorowe plamy w tle i ułożyć do nich bity o przeróżnych brzmieniowych odcieniach, dodać kilka tajemniczych wokali, surrealistycznych melodii... Taaa. Proste? No to zabierajcie się do pracy i wysyłajcie efekty do mnie. Astrobotnia poskładał te elementy w jakiś przedziwny, wyjątkowy sposób, docierając do punktu, w jakim nikt wcześniej się nie znalazł. Inna sprawa, że za bardzo starać się nie musiał. Takie objawienia wynikają najczęściej w najmniej oczekiwanych momentach.

Brzmienie, spójność, czytelność, a także skromność kontrastująca z kosmicznymi aspiracjami, to cechy, które poza samą muzyką mnie przekonały i ujęły. Takie wałki, jak "Acidophilus", "Wing Thing", "Track 1" z części drugiej, "Drops", "Bifidus", "Leftlovers" dołączyły do mojego kanonu muzyki pochodzącej od "mózgu na stopie". Nie mam wątpliwości, że to kolejna rzecz z Rephlexa, bez której byłbym uboższym słuchaczem.

Braindance jest niewiarygodny. Braindance jest nieodkryty. Bezkresny. Eklektyczny. Przygodowy. Świeży. Zajmujący. Zmysłowy. Stymulujący. Wyraźny. Humanoidalny. Emocjonalny. Niekonwencjonalny. Prawdziwy. Intuicyjny. Wizjonerski. Obrazowy. To nie są puste słowa. To braindance. Nie jest inteligentny, nie jest taneczny, nie jest nawet muzyką! Jest czymś więcej...

Krzysztof Zakrocki    
28 listopada 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie