RECENZJE

Asobi Seksu
Hush

2009, Polivinyl 6.2

Informowanie o płytach z lekkim opóźnieniem ma swoje dobre strony, gdyż pozwala mi spojrzeć nieco szerzej. Wciąż najważniejsza pozostaje analiza dzieła, tyle że przy jej przeprowadzaniu mogę posłużyć się podanymi już wcześniej argumentami innych recenzentów. Przy pewnej dozie generalizacji, spróbuję wskazać pewną tendencję wśród "dekodujących" shoegaze oraz przybliżyć dwa, wykluczające się stanowiska, którymi operują przeciwnicy Hush.

Zacznijmy od odwoływania się do brytyjskiej sceny shoegaze. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że ten gatunek jest obecnie mocno przeceniany (bądź: niewłaściwie oceniany). Wszystko, przez niezbyt fortunne stawianie akcentów. Stawiając My Bloody Valentine wśród głównych reprezentantów nurtu, nieświadomie doprowadzamy do przekłamania. Nie możemy bowiem stawiać znaku równości pomiędzy przymiotnikami "typowy", "reprezentatywny" a "najlepszy", "najbardziej poważany", itd. Nie przymierzając, równie dobrze możemy komuś "tłumaczyć" post-rock na podstawie płyt Gastr Del Sol. Jakkolwiek będzie to miało uzasadnienie estetyczne, to nie odda zbyt dobrze charakteru gatunku – na tym polegają geniusze.

Przy założeniu, że typowymi reprezentantami sceny shoegaze były kapele takie jak: Lush, Moose, Pale Saints czy Catherine Wheel ciężko jest postawić Asobi Seksu zarzuty o zachowawczość, bo tak naprawdę priorytetem sceny nigdy nie była postępowość, ale konsekwentne okupowanie dolnych rejonów u Krzyżanowskiego. Może mnie poprawicie, ale poza Slowdive, nie znam żadnego shoegazowego zespołu, który rozwijałby się na wysokości trzeciej płyty. Czy uczciwe jest więc wytykanie tego przy okazji Hush? Chyba, że wymagamy od zespołu grającego, taką a nie inną muzykę, zaskoczenia w postaci zmiany gatunku. Tylko, konsekwentnie, czy smuci Was fakt, że Tołstoj nie pozostawił po sobie kolekcji miedziorytów?

W takim razie, skoro to nie postępowość wpływa na wartość shoegaze'u, to granie takiej muzyki zdaje się być łatwym kawałkiem chleba. No właśnie nie do końca. Konsekwentne eksplorowanie tej stylistyki sprawiło, że dziś trzeba mieć nie byle jakie pomysły na piosenki, żeby te wytrzymały porównania z dziełami poprzedników. Asobi Seksu są w piosenkach dobrzy. Było to dla mnie jasne już po ich pierwszej płycie ("Walk On The Moon" czy "I'm Happy But You Don't Like Me") – dla nich chyba też. Jeśli na Citrus pojawiały się jeszcze ride'owskie, przesterowane gitary , to na najnowszym wydawnictwie takich wycieczek już nie ma. Amerykanie postawili na przystępność, czego rezultatem niech będzie brak, choćby jednego, pięciominutowego numeru. Asobi Seksu zwracając się delikatnie w stronę popu, nie odrzucają shoegaze'u jako inspiracji, lecz, raczej, wykorzystują go w inny sposób, akcentując inne cechy gatunku. W wyniku zastosowanych retuszy, Hush zostało oskarżone zarówno o zerwanie z estetyką poprzednika, jak i asekuracyjne trzymanie się stylistyki Citrus. Bądź tu człowieku mądry.

Piosenki takie jak "Sing Tomorrow's Praise" czy "In The Sky" pozwalają mi twierdzić, że 4AD nie potrzebuje żadnych, upamiętniających kompilacji. "Gliss" rozpoczyna coś jak piła i rozckliwia mnie to bardzo. "Me & Marry" jest przebojem z potencjałem na środkową szpaltę a całość, chociaż ma momenty, gdy napięcie spada, pierwszorzędnie pełni rolę Split 2009 roku.

Na następny przejaw geniuszu w stylistyce shoegaze być może poczekamy kolejne sześć lat, ale póki co głowa do góry. Nawet jeśli nomenklatura podpowiada inaczej.

Jan Błaszczak    
24 lutego 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie