RECENZJE

Asobi Seksu
Citrus

2006, Friendly Fire 6.6

Asobi Seksu to ekipa z miasta Knicksów (à propos Knicks to pozyskali Steve'ego Francisa – może się wreszcie odrodzą), która na swym drugim albumie częstuje nas głównie efektownym shoegazem. Ale nie tylko. Innymi muzycznymi punktami odniesienia mogą być tu zarówno indie z pod znaku Broken Social Scene, jak i przy fragmentach lżejszych brzmieniowo dream-pop. Za kolejne (mniej lub bardziej) luźne skojarzenia niechaj posłużą tu: Yo La Tengo, Explosions In The Sky, Guitar, Sciflyer, czy Serena Maneesh. Również bogowie My Bloddy Valentine wydają się sensownym, aczkolwiek nieco oczywistym porównaniem. Najbardziej wyszczałowe momenty na Citrusie to bez wątpienia sekwencja otwierająca z energetycznym hitem (yeah that's a hit!) "New Years" i urzekającym ślicznymi harmoniami "Thursday". Przyjemnie wypada też ponad siedmiominutowy "Red Sea", który najpierw nieśmiało wyłania się zza ambientowej mgiełki, by na końcu skryć się gdzieś za MBV-ową warstwą gitar i talerzy, którą nazwałbym "dream-rockiem". Generalnie cały krążek prezentuje równy, na moje oko szóstkowy poziom. Oprócz wspomnianych wcześniej liderów podobają mi się też "Lions And Tigers" i "Nefi + Girly" gdzie na wydobywane z wioseł, klawiszy, i różnorakich dzwonków – rozlane dodatkowo pogłosem – słodko-kwaśne melodyjki, nałożono elegancko emo-uroczy głos japonki Yuki Chikudate. Najmniej ruszają: może trochę trywialne "Goodbye" i "Exotic Animal Paradise" czy posiadający pewne cechy wypełniacza closer "Mizu Asobi". Nie żeby jakoś wyjątkowo odstawały, ale zawsze warto odnotować. Także taaak… (Go Steve, go!!).

Paweł Greczyn    
8 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja