RECENZJE

Askeleton
Angry Album -Or- Psychic Songs

2004, Goodnight 5.5

Bohater ostatniej mojej recenzji przybrał imię Devendra. Jak się okazało, to jeszcze nic; gwiazdą dzisiejszego show jest bowiem koleś nazwany przez swoich rodziców nie inaczej, a Knol. Knol (wcisnęłoby się "i" między "k" a "n", nie? heh) Tate. To ów Amerykanin tworzy Askeleton, projekt nie tyle może ekstra ciekawy, co zwyczajnie dobry.

Angry Album -Or- Psychic Songs, drugi krążek Tate'a (a trzeci biorąc pod uwagę "wydany" tylko w internecie This Shit Is Genius'er -Or- This Album Sucks) zapewnia słuchaczowi bogactwo konsystencji dźwięków równe ilości kolorów leżących teraz wszędzie liści. Ale ale, ja takowych nie lubię: you see, they're dead. Co prawda śmierć nie ma wiele wspólnego z Askeleton (wbrew sygnaturze), natomiast z nie-byciem-żywym to i owszem. Trudno oprzeć się sugestii, że bardziej niż stworzony, ten album został spreparowany. Gdzieś w czołowym amerykańskim laboratorium niby (czytaj: przy pomocy niezwykle umiejętnie obsługiwanego komputera), ale ja broniłbym swobodniejszego aktu kreacji. Nie jest on nieobecny wśród tych trzynastu drążących sobie niezal-pop kawałków; po prostu nigdy nie stanowi stu procent poszczególnego utworu. Wrażenie to jest efektem zbyt dużego schematyzmu. Nowy motyw nie wyskakuje niespodzianie zza pleców; przeciwnie, głośno jest ogłaszany przez taką dajmy na to Helgę (GENERAL! VON! KLINKENHOFFEN!). Wręcz słyszysz jego kroki.

Spontan zżerany jest po części z winy superprecyzyjnej produkcji, odmierzającej pieczołowicie każdą uncję mini-dźwięku. Co ma i swoje zalety, dzięki temu Askeleton emanuje świeżym, ożywczym – przynajmniej w zewnętrznej warstwie, która raczej niż drapiącą sierścią czy łuskami jest pierzem, luksusowym futerkiem. Przynosi uszom uwolnienie od rutyny krążków strukturalnie płaskich i wąskich. Gdyby wziąć Angry Album -Or- Psychic Songs za dziewczynę, oczami (te, jak wiadomo, są najważniejsze) byłby prosty (a jakże) "S Vs Entertainment", z szerokim zastosowaniem wszelakich barw nowoczesnego rockowego padołu. Jest zatem jasne, delikatne klawiszowanie, pląta się bury bas, a obie te skrajności tonuje wokalem Tate. Nie są to bajkowe klimaty ocząt niebieskich, ale przyjazny brązik, let's say. Nogi – zwinne, przyzwyczajone do sprawnego przemierzania odległości pulsującym, żywym krokiem ("Birdman", "Ghosts"). Czyli zgrabne. Włosy – hm, wiadomo tyle, ze farbowane. W każdym razie nienaturalnie ulepszane. Twarz (pod względem wagi równa oczom, macie rację) – pogodna ("Shapes", ale również prawie każdy inny track). Nic co by się wyróżniało w zasadzie, ot sympatyczna buzia. Tak zwane solidne granie.

Jędrzej Michalak    
12 października 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja