RECENZJE

Art Brut
Bang Bang Rock & Roll

2005, Fierce Panda 6.0

Jesteśmy ponadto! Stąd możemy sobie troszkię doznawać zarówno przy skórzanej ironii Darkness, jak i przy cockneyowskim self-kuksańcu Art Brut. Większość zgromadzonego na podwórku audytorium nieco za mocno spina poślady, przez co na urokliwość marki pierwszej z wymienionych reaguje pysznie, gniotąc myślami zaplutego karła komercji. Błąd! I ja wcale nie staję w pościgu na największego niezala, skreśla mnie po pierwsze założenie dziś kaleson, a po drugie – zdarzyło mi się ściszyć w metrze bicik Köhncke, żeby tylko ludzie sobie nie pomyśleli, że słucham dicha już o szóstej z rana (heh!). Zwracam tylko skromnie uwagę, że debiut Darkness, nawet jeśli trochę mniej zabawny od Art Brut, to oferuje coś ponad chichy-śmichy. W Bang Bang Rock & Roll tymczasem w ogóle nie o muzykę kaman. A szkoda. Jakoś nie porwał mnie pomysł na zeszłoroczny singiel "Formed A Band", gdzie Art Brut opowiadali o Art Brut. Longplay kontynuuje wątek, ale z sukcesem, wywalając język przed może trochę zaskoczonym revaywalem garage-rocka. ("Revaywal" to moja cięta odpowiedź na widziane dziś u sąsiadów "sprzedam samochód z imobilayzerem".) Na gruncie Wire, The Fall, Franza, VU, Bloc Party, Rolling Stones, Strokes, Beatles, Clash, Maximo Park, Futureheads, Libertines, Gang Of Four, Pixies, Kaiser Chiefs, Razorlight, phi nie chce mi się wymieniać, Eddie Argos używa sobie ile wlezie. Robi to pół-śpiewając-pół-deklamując oczywiście, ze sprawnością wokalną odkurzaczowej rury. No punkt dla niego za to jak potrafi przerysować Lou Reeda dwa, Lou Reeda pięćdziesiąt, Lou Reeda en.

Kolejne plusy sypią się garściami. W "My Little Brother" Eddie (jakie piękne robotnicze imię!) genialnie podszywa się pod miliony rodziców obawiających się o wpływ rzężenia gitar na ich pociechy. "How can he live with all this unforgiving?". I'm not going to accept such unreliable behavior, yeah. Skocznym "Emily Kane" Argos oddaje mocz na love-songi, zrozpaczony wyliczając co do sekundy czas od ostatniego spotkania z tytułową pierwszą miłością. "Good Weekend" prawi o tym samym przednio rozszerzając zasięg kpiny na seks. Weźmy jeszcze "Bad Weekend" – "Popular / Culture / No longer / Applies to me". CKOD, anyone? Mają Art Brut pomysł na wizerunek i przede wszystkim zacnego tekściarza (nie będę więcej zdradzał szczegółów), ale "jest jedno ale". Może to polscy złodzieje, decydenci, no nie wiem, w każdym razie żaden z tych sprawnie skrojonych jedenastu numerów nie oferuje hooków na szóstkowym poziomie. Klops, ale nie taki wielki; nie ma źle bo nie ma nudy, no i klimat nasz, porcysowy. W końcu ani razu nie łyknęliśmy sztucznego revivalowego hype'u, he! Yeahyeahyeahyeahyeah.

Jędrzej Michalak    
30 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie