RECENZJE

Ariel Pink’s Haunted Graffiti
Mature Themes

2012, 4AD 7.7

By nie zastanawiać się, kiedy dokładnie Ariel Rosenberg, przecież jeszcze nie tak dawno temu nie rozumiany i czyhający na marginesie, zyskał status autentycznego "modern classic", przejdę do rzeczy – w każdym razie teraz nim jest. Wyczekiwaną i mam nadzieję, że nie pozostającą w sferze plotki współpracę z innymi reformatorami śmiało moszczącymi sobie miejsce w historii – The Avalanches, można bez żadnej przesady porównywać z kolaboracją Eno/Byrne, a sam chciałbym, żeby ta, której jeszcze nie ma, wyszła lepiej od tej, która od 31 lat jest. Trochę czasu minęło odkąd po raz pierwszy usłyszeliśmy Doldrums czy Worn Copy, obojętnie czy miało to miejsce w 2005 czy w 2010 roku. Był czas słuchać, podziwiać, analizować, zastanawiać się i rzucić w kąt, a tymczasem o Pinku można gadać w nieskończoność, mieć na niego pomysły, śledzić jego pomysły, domniemywać i kategoryzować. Najważniejsza jest muzyka, ale o tym, że Ariel Rosenberg wymyśla dobre motywy, pisze dobre piosenki, które w dodatku są trochę inne niż piosenki, jakie znaliśmy wcześniej, wiemy już dawno. Więc nie róbmy sobie żartów, nie prawmy morałów, nie polecajmy, bo już nie trzeba, a zamiast tego, w momencie, kiedy Ariel Pink znów wydał świetny materiał, zastanówmy się nad tym co on w ogóle wyrabia. 

Pink twierdzi, że kluczowym dla jego twórczości terminem jest "podświadomość". To wiele tłumaczy. Prawdopodobnie chodzi mu o proces twórczy, a raczej rozluźnienie rygorów i skojarzeń rządzących powstającymi warstwowo kompozycjami. Stąd "eklektyzm", który jest po prostu wynikiem braku założeń. Podświadomość jest więc dla muzyka nie tylko zbiorem wypartego materiału uczuciowo-pamięciowego, ale też automatycznie, zmysłowo zakodowanymi na przestrzeni lat maniakalnego słuchania muzyki zasadami rządzącymi pisaniem piosenek. Zarówno pisaniem ich w danym stylu (czego Pink nie potrafi udawać?) jak i swobodnym łączeniem elementów nieoczywistych do połączenia, ale w oczywisty sposób, jak się okazuje, mających do tego predyspozycje. Słowo na samo"h", którym często określa się twórczość Pinka i twórców nim zainspirowanych jest u Ariela najprawdziwiej pasujące właśnie dlatego, że kompozycja prawdopodobnie budowana jest nieco "poza świadomością", nie zaś, jak zazwyczaj u podobnych twórców, z fachową znajomością reguł, do których oni chcą i próbują się dostosować, obojętnie czy z miłości do danego stylu, czy, ech, z wyrachowania. I to jest przecież spora zdobycz. A dochodzi do niej również zamiłowanie do detali, które optycznie uwydatnia tą domniemaną "idealność" piosenek Pinka – da się również świadomie nagrywać rasowe (parodiujące czy nie) kawałki disco, metalowe, czy soft-rockowe, jeśli sporo się tego słucha, Pink jednak potrafi nie tylko to, potrafi również wtrącić tu czy ówdzie chwyt wyjęty jak żywy ze spotów reklamowych, czy piosenek z czołówek seriali i one również brzmią "idealnie", swobodnie i do tego nie żerują tylko na bystrości obserwatora i sentymencie słuchającego, ale nadana im zostaje jakość muzyczna. Co jest już sprawą talentu muzyka.

Wspomniana swoboda pastiszu również jest kluczowa dla twórczości Ariela, a tutaj na Mature Themes jest najbardziej widoczna. Bo ja, z ręką na sercu, nawet nie potrafię stwierdzić skąd on wziął śmieci, z których zbudował większość z obecnych na tym albumie kompozycji, ale z pewnością rzadko są to źródła zdatne do poważnego traktowania. Jeśli przyjąć na przykład, że Doldrums było psychodeliczne, House Arrest najbardziej z lat sześćdziesiątych, "Butt-House Blondies" było śmiechem z pudel-metalu, a "Can't Hear My Eyes" to Steely Dan, to czym jest "Kinski Assassin" albo "Is This The Best Spot?" A "Schnitzel Boogie"? Nikt nie słucha takiej muzyki, o ile ona gdzieś istnieje – czy to mają być niemieckie telewizyjne programy rozrywkowo-estradowe, wiecie, te ze z bawarska ubranymi grubasami i blond Helgami tańczącymi disco-polo-oberka ku uciesze miłośników TV Śląsk (nie mówię oczywiście o drugiej części utworu, gdzie pod jodłowaniem mamy jazzowe wprawki). Mature Themes to chyba najbardziej niespójny album Pinka, ale przy tym on tu zrobił taką sztuczkę, że niespójność nie może być zarzutem, bo to dopiero jest awangarda robienia sobie jaj, o której Butthole Surfers przez długie lata marzyli. Weźmy "Baby" (o tym co Ariel Pink od lat robi ze zjawiskiem coveru nawet nie będę zaczynał pisać). Dławię się ze śmiechu, kiedy słyszę opinie, że wokal w tym kawałku jest "zmysłowy". Dławię się, kiedy słyszę jak Pink przeciąga, w skali 1:1, armię czarnoskórych, czułych i seksownych soulowych wokalistów z milion razy większymi możliwościami wokalnymi niż on. Przecież to takie śmieszne, a dobry utwór powstaje jakby sam, przy okazji. Pod pewnym względem to najdziwniejsza płyta "Pinka", ale skwitowanie jej określaniem "parodystyczna" również nie pasuje, jak nie pasuje cokolwiek, bo co wtedy z takimi "Driftwood" (!) albo "Early Birds Of Babylon" (!)? 

Dobra, wystarczy. Znam ludzi z odmiennym zdaniem, ale bardzo dobra Before Today jest chyba mimo wszystko moją najmniej ulubioną płytą Kalifornijczyka i cieszę się z powrotu do dziwaczności, a właściwie z dziwaczności większej niż kiedykolwiek dotychczas (Worn Copy i inne rozumiem jakoś bardziej niż Mature Themes). Z powrotu do dziwaczności, braku niepotrzebnych przerywników, bijącej po uszach swobody imaginacji i nieustającej jakości, czyli tego co zawsze, a jednak też braku jakichkolwiek powtórek. Kolejna, znów zdumiewająca, płyta Ariela Pinka.

Radek Pulkowski    
17 września 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie