RECENZJE

Ariel Pink's Haunted Graffiti
Before Today

2010, 4AD 7.4

Tytuł płyty Before Today, funkcjonującej w mojej głowie do tej pory po prostu jako "nowy Ariel", uderzył mnie ze zdwojoną siłą z nadejściem pierwszych recenzji, zwłaszcza w kontekście ich przekrojowego tonu. Dla każdego, kto śledził losy artysty, co najmniej od czasu akcesu do 4AD pewnym było, że szambo wreszcie wybije, że i tak podejrzanie długo broniący się przed Onymi, którzy odpowiadają za granice elitystycznego wkurwu Pink wreszcie zostanie wtłoczony w maszynę. Dla mnie pewnikiem stało się to już w momencie eksplozji chillwave'u, w której zresztą intelektualny patronat Rosenberga wyczuwany jest mocno intuicyjnie, prościej – Ariel Pink niewiele wspólnego ma z chillwavem jak go się obecnie definiuje, chyba że coś przeoczyłem. Wracając jednak do problemu recepcji i przytaczania drogi twórczej freaka z Los Angeles, nie da się ukryć, że wytworzyła się pewna opozycja: tych, którzy już od dawna wiedzieli, co się święci, i tych, którzy odnajdują w nowym Haunted Graffiti początek etapu "dojrzałego".

Ci pierwsi, jeśli ograniczyć ich choćby do tak wąskiej grupy, jak czytelnicy Porcys, właśnie coś utracili. Stawiam tą tezę bez względu na jakość materiału, ocenionego przecież jak wyżej. Od momentu, w którym usłyszałem o Pinku, gdzieś na marginesie "mainstreamowych" (dobre sobie) albumów świętej trójcy Doldrums, House Arrest i Worn Copy funkcjonował on dla mnie jako szczypta indie w takim ujęciu, jak definiował to kiedyś pośpiesznie Borys na forum. Wrzucane gdzieś na zaprzyjaźnionych forach przez samego Pinka albumiki, dema i outtake'i pozwalały docenić to, co w drugiej połowie lat zerowych wydawało się niemożliwe – aspekt "klanu wtajemniczonych", kręgu kumpli, z jednej strony połączonych w sieć ogólnoświatową, z drugiej – namacalnie obcujących z osobowością Ariela i przyjaciół z jego kręgu. Wspomnijmy chociażby, że typ swojego czasu regularnie udzielał się na forum Johna Mausa, albo chodził na kebab z grupą warszawiaków. Oczywiście, nie wynika ten sentyment z wielkiej miłości do communities, raczej chodzi o "skarby, których nie zabiorą nam".

Ale i satysfakcja nie byłaby tak duża, gdyby nie konkrety. Oczywiście, wywracając do góry nogami nie tyle "wyobrażenie" o muzyce, co jej ostateczny, osiągalny chyba tylko dzięki najprawdziwszym czarom, duchom i kwaśnym oparom kształt, Ariel trochę "uciął dyskurs" (jak parabola jego pisku). Bo i nie chodziło o żadne "taśmy", "psychodelę", "lata osiemdziesiąte", "stare radio" czy "lo-fi", tylko o najpiękniejsze w historii narkotyczne pokurwieństwa bez punktu odniesienia w muzyce, raczej w uczuciach. I też nie imało się tej bezwstydnie bezideowej (o boże, sprowadzam na siebie gromy) muzyki żadne odium kulturowego bagażu, przyczepianego zazwyczaj na drodze płytkich jak talerz zupy szczawiowej interpretacji, oraz skazane na porażkę próby usilnego dostrzeżenia w notorycznie ujebanym artyście Mesjasza, jakby sama kategoria artyzmu nie była wystarczająca nobilitacją dla Pinka – mogącego co prawda znać pisma Derridy, a zwłaszcza ten o "hauntology", na pamięć, prawdopodobnie jednak palącego jointy, nagrywającego perkusję przy pomocy pach i śmiejącego się jak głupi z pociesznej niemożności odniesienia się.

A przecież nietrudno w przypadku czegoś, na co zupełnie nie byliśmy przygotowani, wpaść w pułapkę nadinterpretacji. Weźmy choćby nowy album: sam być może trochę zasugerowałem się okładką, ale Before Today jest płytą, jaką po brzmieniu zwiastujących "Can't Hear My Eyes" i "Round and Round" można było się spodziewać, a dla mnie jest to sound towarzyszący Julesowi i Vincentowi w oczekiwaniu na Mr. Wolfa, w dużym uproszczeniu. Słychać też Steely Dan, zapewne za sprawą Kenny'ego Gilmore'a (a tak, to druga, po Pedestrian Pop Hits, płyta ZESPOŁU APHG), słychać Fleetwood Mac, słychać dużo Madonny (w znanym już od dawna "Beverly Kills" np. "Papa Don't Preach"). Nie zapowiada tego wejście, złożone z intra a la Rangers albo innych z Olde English Spelling Bee, z powyciąganą delayem gitarą i "Bright Lit Blue Skies", brzmiącym jak Nirvana (4 akordy jak z "Sappy"), a i closer w postaci "Revolution's A Lie" prowokuje skojarzenia raczej z Joy Division z okresu, gdy nazywali się Warsaw. Zresztą, określanie soundu na tej płycie może być mocno zwodnicze, chodzi o pewną intuicyjną dominantę po Bee Geesowsku pracującego basu, jak w wypadku "Round and Round", który we mnie nadal nie wzbudza ekscytacji takiej jak w przypadku pozostałych redaktorów. "L'Estat" zaskakuje nie tylko wybitnym, schizofrenicznym interludium (czołówka albumu), ale też wypominanym tu i ówdzie follow-upem do "Słodkiego Miłego Życia" Kombii. Koń by się uśmiał. Ariel też.

Jest jednak w całej tej mozaice utwór, który sprawia, że wiara w Ariela nieobliczalnego i perwersyjnie wizjonerskiego nie umiera. "Butt-House Blondies" to zdaje się kontynuacja "Flashback", gdzie Madonna spotykała Iron Maiden, jeszcze bardziej groteskowa, jeszcze bardziej przysparzająca dławiącej niemożności stawiania sądów co do przyszłości muzyki Ariela Pinka. Już pierwsze 10 sekund to oblicze diabła, Black Sabbath z solówką niemal powermetalową, z niedorozwiniętym zwrotkami ocierającymi się o Pana Kleksa, z refrenem brzmiącym jak shoegaze'owa wersja Master of Reality którą nagrywa Uffie pod okiem Phila Spectora, albo coś równie finezyjnego. Psychiatryk, ale 10.0.

No i co? Konsekwencje. Dla nas Ariel Pink poszedł w 10s, i nie ma wątpliwości, że w sensie przystępności (vide jeszcze bardziej wygładzone "Can't Hear My Eyes") poczynił spory awans. Dla niektórych wiąże się to z utratą impetu, porównywalną być może tylko z globalnym pierdolcem na punkcie Animal Collective. Ale może to jest tylko rap, a Ty nie popadaj w paranoję. Rewolucja jaką przynieść miało Before Today jest kłamstwem, ale doszło do niej "before today", i należy się cieszyć, że wreszcie to doceniono.

Łukasz Łachecki    
8 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy