RECENZJE

Ariel Pink
Dedicated To Bobby Jameson

2017, Mexican Summer 6.8

Wygląda na to, że prawdopodobnie najzdolniejszy songwriter XXI wieku (a przy okazji jedna z barwniejszych figur współczesnej popkultury) postanowił spuścić z tonu. Ekscentryk charakteryzujący się wyglądem pseudobroadwayowskiej inkarnacji Kurta Cobaina, zachowaniem formanowskiego Mozarta i anarchistycznymi metodami twórczymi odrobinę spokorniał. Ariel Pink już nie rechocze nam w twarz, a raczej uśmiecha się półgębkiem. Autor Mature Themes skończył również z podnoszeniem głosu, tupaniem nogami oraz szczeniackimi kaprysami. Ograniczony został też repertuar błazeńskich masek, które do tej pory przywdziewał częściej niż bywalcy weneckich balów. Dotychczas płynna tożsamość twórcy nabrała wyraźnych, łatwych do uchwycenia kształtów. Cudak z Los Angeles ujarzmił głód nowych przygód, stosując autotematyczny recykling. Jego najnowszy album został oparty na szablonie ulepionym z dawnych pomysłów.

Dedicated To Bobby Jameson to dzieło luźno nawiązujące do życiorysu tytułowej postaci muzycznego outsidera, którego egzotyczność stanęła na drodze do sukcesu. Ta poruszająca historia zainspirowała Ariela do stworzenia czegoś w rodzaju osobliwej medytacji nad własną karierą. Cała płyta jest jedynie pretekstem do wiwisekcji bogatego dorobku. No i właśnie tu pojawia się pierwszy problem. Brzmienie poszczególnych utworów nie dorasta do lirycznej sfery przedsięwzięcia. Otrzymujemy bowiem gorzkie wersy kreślące samokrytyczny autoportret, oprawione osobliwą składanką "the best of" rodem z benefisu gwiazdy estrady. Szczerym wyznaniom dotyczącym egzystencji króla hipnagogii towarzyszą wyjątkowo przewidywalne dźwięki przywodzące na myśl zaginione odrzuty z dawnych sesji nagraniowych. Amerykański oryginał zatracił gdzieś eksperymentalnego bakcyla i do intrygującego konceptu dokleił wyjątkowo zachowawczy soundtrack.

Oczywiście zaletą wspomnianej ostrożności jest wyjątkowa, jak na pinkowe standardy, spójność materiału. Ocenzurowanie kreatywnego szaleństwa skutkuje długograjem pozbawionym nieobliczalnych wybojów. Żadna z kompozycji nie zaburza stałego rytmu, w jakim porusza się ta laurka dla zapomnianego niebieskiego ptaka. To zdecydowanie najbardziej poukładana pozycja w dyskografii mistrza lo-fi popu. Abstrakcyjny strumień świadomości został poddany wielokrotnej korekcie, wygładzające obłęd mieszkający pod grzywką muzyka.

Tracklista składa się z samych modelowych przykładów na to, że były przedstawiciel labelu 4AD zna jakiś tajemny przepis na dobry, popowy numer. Gość, który kiedyś odmówił współpracy samej Madonnie, już dawno przegonił samozwańczą "królową" i jej następców o co najmniej kilka galaktyk. Teoretycznie moje ręce same powinny składać się do oklasków, ale nie mogę wychwalać pod niebiosa artysty robiącego krok w tył. Tym bardziej, że stać go na więcej niż przesiadywanie w wygodnej strefie komfortu.

Nie ma jednak co płakać, bo Ariel Pink wciąż potrafi pisać świetne melodie. Dalej umiejętnie korzysta z odpadków symulakrum poprzedniej ery, której tak naprawdę nigdy nie było. Jego hooki robią robotę, więc pozycja na tronie pozostaje niezachwiana. Życzyłbym sobie tylko większej równowagi pomiędzy ekstremalnym chaosem, a bezpieczną przeciętnością. Tym razem nasz ulubieniec przechylił się za bardzo w tę drugą stronę.

Łukasz Krajnik    
3 października 2017
BIEŻĄCE
Porcys Składak: Four Tet
Four TetNew Energy