RECENZJE

Ariana Grande
Sweetener

2018, Republic 7.3

Droga, którą Ariana podążała, muzyczne wybory, których dokonywała podczas swojej dotychczasowej kariery, nie zwiastowały potęgi Sweetener. Bo spójrzmy prawdzie w oczy – album ten to nie tylko niekwestionowane opus magnum piosenkarki, ale i, jak słusznie zauważał DJ Carpigiani, najlepszy materiałowo długograj w mainstreamowym popie od paru dobrych lat. Z jednej strony, singlowo Grande nie zanotowała w tym roku słabego strzału, ale akurat single zawsze były mocną stroną Amerykanki. Problem polegał na tym, że może z wyłączeniem debiutu, który do dziś darzę dużą sympatią, albumy Ariany na wyśmienitych singlach poprzestawały. Dodatkowo, mając w pamięci fakt, że od Yours Truly każdy kolejny longplej wokalistki miał do zaoferowania mniej konkretu, nie spodziewałem się w tym roku specjalnych fajerwerków. Okazało się jednak, że konsekwentnie oddalającą się od porcysowych serc gwiazdę na właściwe tory wrócił niezawodny Pharrell.

O tym, jak ważną kwestią jest odpowiedni dobór producenta i współpraca tegoż z wykonawcą sygnującym albumy swoim nazwiskiem napisano już sporo, ale zbrodnią byłoby choćby nie wspomnieć o efektach powstałych w tym przypadku. Numery Williamsa dopełniają się tu z głosem Grande w sposób nie do przecenienia, przywołujący te najznakomitsze z historii przykłady. Funkowo-tropicaliowy bicik w "Blazed" jest, jak na swoją oszczędność nieprzyzwoicie zaraźliwy, pozwala Arianie oddychać i zostawia jej dokładnie tyle przestrzeni, ile ta potrzebuje. Spadające, synthowe piłeczki korespondujące z topornym, niskim basem w kolejnym w zestawie "The Light Is Coming" całkowicie zmieniają obraz gry, a zarazem po raz pierwszy zwracają uwagę na jeszcze jedną siłę tego wydawnictwa – eklektyzm. Nie jest oczywiście tak, że drony Sunn O))) przeplatają się z piosenką poetycką, ale w ramach masówki, przynajmniej w teorii celującej w chartsy i serca milionów: mamy tu do czynienia ze sporym materiałowym zróżnicowaniem. Balladowe, wyciszone "Better Off" czy "Get Well Soon", hiphopowe wątki w tytułowym i "Everytime", "najnormalniejsze" w zestawie produkcje Ilyi typu "Breathin" czy organiczne Pharrellowe kompozycje z mnóstwem smaczków i detali reprezentowane tu choćby przez "Successful" – słowem, każdy znajdzie coś dla siebie. Ja na przykład, na dzień dzisiejszy, najbardziej cenię tu "Borderline" – duszną, parkietową pocztówkę Williamsa, odsyłającą do złotych czasów, w których Neptunes na zmianę z Timbą obsypywali Timberlake'a złotem.

No dobra, koniec już z tym Pharellem, przecież sporą część tracków popełnili tu również Max Martin i wspominany już Ilya Salmanzadeh. Dwójka ta, odpowiedzialna za wyżej wspomniany, nieskazitelny singlowy pochód Grande, z Arianą związana jest nie od dziś. Problem tych panów polegał jeszcze do nie dawna na tym, że obok ich kompozycji na albumy Ari swoje cegiełki dorzucały też takie tuzy jak wokalista One Republic, wokalista One Direction, David Guetta …, no w każdym razie panowie napisali połowę wałków na Dangerous Woman, z którego dziś nie pamiętam prawie nic. Ze Sweetener sprawa ma się oczywiście zgoła inaczej, album ten dzięki trzem producenckim siłom napędowym i odnajdującej się świetnie na każdym bicie Grande, cierpi raczej na nadmiar ripitowalnych fragmentów. Kiedy po wspaniałym "No Tears Left To Cry" wjeżdżają szarpnięcia "Borderline", za każdym razem czuję, że zbliżają się święta, a przecież (z wyłączeniem trzech słabszych tracków i intro) takie rzeczy dzieją się tu praktycznie bez przerwy.

Stanisław Kuczok    
31 sierpnia 2018
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi