RECENZJE

Architecture In Helsinki
Fingers Crossed

2004, Bar / None 7.1

I ty doświadczyłeś, czytelniku, typu ludzi, z którymi pogawędka sięgająca choćby odrobinę poza sferę pogody zawodzi. Poznałem właśnie dziś pewną dziewczynę. Fajnie. Doszło jednak do rozmowy, w której wspomniała ona o swoich pomaturalnych planach. "No, lubię matmę. Choć na wykładach to jest nudna! Więc, ten tego, może pójdę do armii! Albo policji, wyzwanie, rozumiesz!". Cały mający nastąpić po tej rozmowie powrót do domu autobusem zastanawiałem się: cholera czym trzeba się interesować, będąc polską dziewczyną, by wybrać jedną z powyższych karier? Kolorami: zielonym lub niebieskim? Papierkową robotą? Grochówką? Czyszczeniem kibla mniej owłosioną częścią szczoteczki do zębów? A może najzwyczajniej w świecie – niczym?

Na szczęście bywają tez przypadki odwrotne, kiedy nawet bez obustronnej wymiany zdań wiadomo, że dana osoba to moja drużyna. Podobnie mówimy o zespołach, z czym się już spotkaliście wielokrotnie. Architecture In Helsinki to wlasnie my team. Co zdarza się rzadko, członkowie zespołu jako zwykli ludzie – nie wiem, przechodzący przez ulicę, jedzący czipsacze, nic nie robiący – to również sakramentalna moja drużyna. W ustawieniu taktycznym zajmują pozycję okupowaną dotąd (acz z coraz większymi oporami) przez Múm. (Jeśliby roztrząsać głównie aspekt muzyczny, wskazałbym również Belle And Sebastian gdzieś z Tigermilk.) Innymi słowy, AIH grają utwory od Islandczyków bardzo nieodległe. Skoro wychodzi im to tak atrakcyjnie, naturalność mają wypisaną na twarzach, a z pewnością jeszcze i we włosach, paznokciach, nosach, no i uszach.

Mówiąc nieco bardziej podręcznikowym językiem dodam, że omawiana tu australijska grupa składa się z ośmiu osób, z których wiele operuje znajomością więcej niż jednego instrumentu. Oprócz fletu czy dzwonków i dzwoneczków mamy i tubę (podobno Phil Selway umie na tym grać). Przy rozwiniętych możliwościach produkcyjnych efekt różnorodności jest murowany, ale AIH kroczą dalej. I tak, roi się tu od szeptów, szepcików, niekiedy przewijają się subtelne zamruczenia (u co podatniejszych powodujące indeed efekt zamroczenia). A, właśnie. Subtelne. Nie przegapcie tego: spośród setek tysięcy rodzimych słów akurat to opisuje Fingers Crossed najwłaściwiej. Cienka granica owej cechy nie zostaje przekroczona, choć przysłowiowe przegięcie pały zostało zaryzykowane: zaproszono bowiem do udziału w płycie (jak by line-up pozostawał skromnym) i dzieci. Szczęśliwie umacniają one słuchacza w poczuciu błogiej naiwności albumu, jego czystości. Czynnik małoletni najskuteczniej oddziałuje w "The Owls Go", gdzie po kilku powtórzeniach kwestii "attic in the basement" przez samych członków AIH dokonuje tego pięcioletnia dziewczynka. I nie musisz utożsamiać się w jakikolwiek sposób z Andrzejem S., by zapałać uczuciem do tego nie potrafiącego do końca dobrze mówić dzieciaka.

"The Owls Go" jest momentem krążka, kiedy jego aspiracje do mojej listy najlepszych płyt tego roku (choć w Australii została ona wydana już dwa lata temu, szersze wody ogarnęła dopiero teraz) wyraźnie się materializują. Kolejny bowiem kawałek ("Fumble") dysponuje najlepszą melodią albumu (i ten akustyk w połowie!), wyeksponowaną dodatkowo w stopniu idealnym. Następne tracki, choć czynią to w niewielkim stopniu, nieco odbiegają poziomem. Jeśli kiedyś spyta was ktoś o słabostki Fingers Crossed, wspomnijcie właśnie o poziomie songwritingu. Nie mam mu nic do zarzucenia (wypełniacze? no, we don't have), poza sugestią, ze może być jeszcze lepiej. Więcej stunnerów. Za przykład niech posłużą wyśmienite kompozycje, które wymieniłem.

Trudno nie zwrócić uwagi na wokalistkę i wokalistę. Oboje urokliwie wodzą zdania, słowa i półsłówka. Mają głosy odpowiednio kruche, przyjacielskie, jak labradory tudzież wyżły. Większość moich ulubionych fragmentów albumu to ich zasługa (vide "pictures / pictures / pictures / pictures / pictures" z "Where You've Been Hiding"). O charakterze wokali sporo winien uzmysłowić wam fakt, że jadąc rollercoasterem, członkowie AIH milczą, jak jeden mąż. Ze wszelakim krzyczeniem, wrzeszczeniem i tak dalej im niezwykle bowiem nie po drodze, bardziej niż Lepperowi z It Was Hot, We Stayed In The Water albo Polowi z autostradami.

Kiedy zmęczony pobytem w wesołym miasteczku członek zachodniego społeczeństwa udaje się na spoczynek, Architecture In Helsinki (tak w ogóle to świetna nazwa, no nie?) wychodzą na dwór. Choć dzień jest fajny (można pobawić się z dzieciakami), ich drużyną jest noc. Pamiętaj o tym wsłuchując się w Fingers Crossed. A, zaraz, nie wiesz jeszcze czy ten album kupić? Hm, jeśli wyobrażasz sobie czasem, że siedzisz z kimś na drzewie, jeśli nie boisz się, że gra w statki nie jest już cool, jeśli w końcu lubisz jeść lody wespół z kimś, kto również lubi jeść lody, wtedy... Heh.

Jędrzej Michalak    
27 lipca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie