RECENZJE

Arcade Fire
Reflektor

2013, Merge 2.9

Otwarcie płyty w żaden sposób nie zapowiada dramatu, który ma się tu rozegrać. Jak czołówka filmu wyświetlanego w multipleksach, gdzie liczą się przede wszystkim efekty specjalne; trochę zbyt dosłownie zrozumiana myśl Hitchcocka o trzęsieniu ziemi, ale w gruncie rzeczy wszystko pod kontrolą – widz zdaje sobie sprawę, że przyszedł właśnie na ten seans i wie, czemu nie wierci się w niewygodnym fotelu, w dusznym kinie studyjnym, ziewając na przeglądzie Bergmana. Tytułowa piosenka z nowego albumu Arcade Fire mylnie ustawia sytuację. Trzęsienie ziemi, jakieś, było, ale o budowaniu napięcia należy jak najszybciej zapomnieć. Nie tym razem i nie na tej płycie.

Przeczytałem w internetowych serwisach opiniotwórczych dużo pochlebnych słów na temat Reflektora. Że ich najlepsza płyta od debiutu, świetne kompozycje, brzmienie jest ”imaginative”... A wystarczy posłuchać "Here Comes the Night Time", wskazywanego jako jeden z najlepszych momentów albumu, by zorientować się, że jedyne, co zespół ma w tym momencie do zaoferowania, to drewniana kompozycja opierająca się na najprostszych, harcerskich sekwencjach akordów.

Panuje tu ogólny niedowład kompozycyjny objawiający się przede wszystkim brakiem pomysłu na najprostsze melodie, co maskować ma ”spektakularna” produkcja Jamesa Murphy'ego. O ile jednak w pierwszej połowie płyty Arcade Fire wystawiają się jeszcze na ostrzał, ryzykując tymi stadionowymi kompozycjami przynajmniej gwałtowny sprzeciw odbiorcy, o tyle druga część jest już całkowicie bezbarwną, ciągnącą się w nieskończoność sekwencją utworów wyzutych z dramaturgii, która prawdopodobnie w ogóle nie została tu zaplanowana. Pojedyncze próby kontrastowania piano – forte mogą jeszcze mylić tropy przy pierwszym przesłuchaniu, ale najbardziej brakuje tu czegoś, co mogłoby unieść te kilkutonowe, ospałe głazy i tchnąć w nieszczęsny produkt odrobinę spontaniczności.

Ten sam zespół, który nagrywał obdarzone dziecięcą wrażliwością smutne pieśni o przemijaniu. Nawet Neon Bible, pomimo natrętnej epickości miała tych kilka momentów. I wydawałoby się, że Arcade Fire będą statecznym, konserwatywnym zespołem rockowym nagrywającym co kilka lat powtórkę z Suburbs, kiedy postanowili pokazać pazur i wydać osiemdziesięciopięciominutowego potwora usytuowanego pomiędzy estetyką finału Super Bowl i wybranego dzieła z katalogu Muse, idealnego do słuchania przy popcornie i coli.

Dlaczego sympatyczny kanadyjski kolektyw zamienił się w stadionową bestię, wulgarniejszą w patosie od najstraszniejszych zespołów grających ”jak Genesis z Gabrielem” w latach 90.? Czy to już Funeral zebrał zbyt dobre recenzje i w efekcie zespół stracił poczucie dobrego smaku i umiarkowanie? Kiedy to z jesiennej melancholii ”In The Backseat” zostaliśmy przeniesieni w świat sierot po wielkich czasach rocka, oczekujących, że coś wypełni im pustkę po ”wielkim nieobecnym albumie”, jakimś OK Computer naszych czasów, płytą z założenia wielką? Arcydziełem, które trzeba sobie wmówić; niech zatem 9.2 na Pitchforku i Czarny Orfeusz wykorzystany jako część machiny promocyjnej wzmocnią poczucie realności tej halucynacji.

Triumfalny pochód mieszczańskiego gustu zmierza po swoje, z albumem Reflektor na sztandarach. Dziewięć lat temu, w chwili słabości, wzruszyłem się, gdy Regine Chassagne śpiewała ”Alice died in the night”. To było tak dawno, prawie zapomniałem.

Piotr Gołąb    
11 listopada 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy