RECENZJE

Arcade Fire
Funeral

2004, Merge 7.3

Śmierć nie jest tematem sprzyjającym pisaniu muzyki: myśl o niej zbyt łatwo spycha to, co tworzone, ku skrajnościom. W zeszłym roku w królestwie niezal na kostusze podwinęła się noga The Unicorns, którzy chcieli ją przybrać w błyszczące wdzianko popu. Nie dała się, "nie pasuje". Tym razem okiełznaniu tematu podjęli się Arcade Fire. Obrali oni ścieżkę klasyczną, poważną. I tu rzecz ciekawa – wydawałoby się, że w kwestii ujmowania jedynego (?), co w naszym życiu pewne, można albo odnieść pełen sukces, zwalając pół ludzkości z nóg, albo zanotować porażkę, niezauważoną, bo jedną z wielu w tej dziedzinie. Tymczasem piątka Kanadyjczyków stanęła osamotniona w połowie drogi.

Od początku trwania albumu trawią mnie dwa gryzące się ze sobą odczucia. Z jednej strony woła dogmatyczne momentami piękno, z drugiej przemawia niemal równie silnie ugruntowany niedosyt. Jego źródeł upatrywać można na przykład w kwestii czysto technicznej. Przestrzeń każdego z dziesięciu utworów Funeral zamknięto w wąskiej tubie. Nie rozłożysz się jak latem na tętniącej życiem łące (albo jak na tafli choćby takiego Clearlake), prędzej odruchowo zawęzisz gesty i w mniej wygodnej pozycji będziesz obserwował jak dźwięki – a obrodziło ich, obrodziło – tłoczą się, nachodząc na siebie. I cóż z tego, że mamy tu oprócz gitar między innymi skrzypce (cała masa skrzypiec), organki, dzwonki, cymbałki, i wiele innych ozdobników. Niezłe bogactwo, ale jego potencjał nie został w pełni wykorzystany przez wspomniany, zagadkowy w celowości, zabieg studyjny.

Oczywiście, bywają tu chwile gdy zalewające nas fale dźwięku pokierowano na tyle udanie, że samym impetem, nie nawet kształtem, jesteśmy więcej niż pod wrażeniem. Doniosłe jest zatem niespodziewane wejście "Neighborhood #3 (Power Out)", a nie mniej efektowne jego błyskawiczne wypchnięcie przez ładne cymbałki i wokal. Już nie tylko pod względem stricte-technicznym zachwyca "Crown Of Love". Być może z lekką przesadą stwierdzam, że jego sens zawarty jest w końcowym uwolnieniu tempa, zerwaniu cugli i jednocześnie, co tu dużo mówić, wzbiciu się w przestworza. Kluczowy moment podkreślono podwójną kreską, oddziela on bowiem pierwszą, mętną (w sensie: niewyraźną) część utworu, od jego końcówki, aż ostrej w klarowności wieńczących sprawę smyków. Genialne.

Ten zabieg wyrwania piosenki z jej dotychczasowego miejsca i czasu w coś zupełnie innego, najczęściej szalony galop, pojawia się na Funeral aż parokrotnie. Świadczy to o dużych umiejętnościach Wina Butlera i Régine Chassagne, małżeństwa stanowiącego trzon grupy i odpowiedzialnego za songwriting krążka. Na poparcie tezy weźmy szybko openera, "Neighborhood #1 (Tunnels)". To znów utwór podporządkowany temu, co wyfruwa (ahh!), tu na wysokości 3:44. Warstwy stopniowo narastają, budując napięcie – przecież wiadomo, że w końcu muszą runąć, zwalić się na nasze, modlące się o to jak afrykańskie plemienia o deszcz, głowy. Podobnie zbudowana jest większość krążka; dróg do tego schematu jest, na szczęście, kilka. Mają one co prawda mianowniki wspólne – mowa o wspomnianym, drażniącym ograniczeniu brzmienia, ale i o niemożliwym do pominięcia wpływie The Walkmen. Zarówno wysoko pomykające pianinko (obecne w powietrzu chyba każdego tracka), jak i niektóre szaleńcze zawodzenia Butlera przypominają charakterystyczne cechy nowojorskiego bandu. Wskutek tego sporo tu mgiełki prosto z Everyone Who Pretended To Like Me Is Gone bądź Bows + Arrows. Zatem to, z czym wyszli Arcade Fire, nie jest nowością.

Prawdziwe novum to działania na opisanym wyżej polu w ramach kolektywu, nie bandu, z rozszerzonym instrumentarium. Oraz po drugie – próba ujęcia w takich okolicznościach przyrody jej samej – śmierci. Wspomniałem o tym na początku, przez pozostałą część recenzji jakoś pomijając zagadnienie, które przecież dla większości fanów Funeral stanowi punkt wyjścia dla odbioru płyty. Otóż nie dla mnie. To, co włożono w tę płytę, to ciągle za mało bym poczuł się bardziej oswojony, zbliżony wobec what is certain. Za mało poruszających tekstów, za mało nieuchwytnych zagrań strukturami, za mało wymiatających kompozycyjnie piosenek (a za dużo przeciętnych, bo jak inaczej określić "Neighborhood #4 (7 Kettles)"?). No cóż, ubytek geniuszu po prostu, czegoś, czego nie da się wcisnąć w słowa recenzji (stąd moje słabe wyniki w byciu konkretnym), a czym krążek chcący podczepić się pod zagadnienie śmiertelności musi być BEZWZGLĘDNIE wypełniony po brzegi (jest to możliwe, czego dowodem moje Dzieło Wszechczasów). Z drugiej strony – owszem, mamy potężne zdania takiego "Crown Of Love" – "I carved your name across my eyelids / You pray for rain / I pray for Blindness". Są też wzruszające wspominania bliskich sercu miejsc (opener, śpiewane po angielsku jak i francusku "Haiti"). Nie zapomni się w końcu i closera, uwieńczonego wstrząsająco wyrażoną deklaracją "I've been learning to drive my whole life". Dzięki takim przykładom Arcade Fire stoją aż w połowie drogi. Powodzeń odnotowali sporo, ale cóż to znaczy sporo wobec założenia albumu? Heh, zresztą spójrzmy, kim trzeba być, by udało się zrealizować tego typu cel. (Hello Phil.)

Jędrzej Michalak    
25 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja