RECENZJE

Arca
Arca

2017, XL 6.8

Tomasz Skowyra: Co spowodowało, że Alejandro Ghersi tak wyraźnie zmienił dotychczasowy kurs okrętu Arca? Björk, której muzyka miała wyraźny wpływ na Wenezuelczyka (w końcu produkował Vulnicurę i nawet zacytował ją w "Anoche"), zachęciła go do śpiewania, ale to tylko jeden czynnik. Może coś w nim pękło albo życiowe wypadki sprawiły, że nie mógł dłużej milczeć i postanowił stworzyć komunikat Arca?. Można przyjąć, że to coś w rodzaju romantycznego poematu pisanego językiem modernistycznej muzyki naszych czasów. Ghersi w swoich improwizowanych, śpiewanych po hiszpańsku tekstach opowiada o bólu, stracie, odrzuceniu, cielesności (czasem nawet w sado-masochistycznym ujęciu, jak w "Desafío"), czy o potrzebie miłości. I nie ma co ukrywać, że to właśnie ten aspekt sprawia, że o jego najnowszym dziele zrobiło się głośno − recenzenci mają o czym pisać i mogą do woli socjologizować, środowiska LGBT mają swojego kolejnego patrona, a cały album wyrasta na jeden z "najważniejszych" w tym roku.

Ale na wcześniejszych longplayach Aleksander tkwił w punkcie razem ze zmutowanym, abstrakcyjnym post-idm-owymi żonglerkami i chyba nie do końca wiedział, co dalej z nimi zrobić. Natomiast na tegorocznym albumie odnalazł sposób na przekroczenie samego siebie przez wykreowanie zdekonstruowanej digi-litanii, w której komponenty zostały wyważone z zadowalającą precyzją. Kluczem okazał się ekspresyjny (czasami aż zanadto) wokal będący katalizatorem potężnego ładunku emocji, którego dotąd brakowało mi w jego nagraniach. Teraz intuicyjne soundscape'y zmierzają w konkretnym kierunku, tworzą nierozerwalną relację z wystylizowanym na coś z pogranicza śpiewu liturgicznego i operowej konfesyjności głosem Arki.

Każdy indeks to osobny rozdział: osadzony w niemal dark-ambientowym tle z dziwnie pogodzonym wokalem "Piel" wprowadza niepokój, frenetyczny instrumental "Urchin" dopowiada to, czego nie wyraziły słowa, metaliczno-industrialny "Reverie" przynosi oczyszczenie podniosłym finałem, "Sin Rumbo" przypomina barową pieśń śpiewaną w knajpie na Jowiszu, "Desafio" czaruje stricte popowym hookiem w zreverbowanej przestrzeni dźwięków, "Fugaces" brzmi, jakby Arca coverował "Motion Picture Soundtrack", "Miel" brzmi jak cover "Possibly Maybe", a closer "Child" to oczywista kontynuacja "Mother" z mikstejpu &&&&&. Może nie wyszło z tego coś wizjonerskiego i miejscami da się odczuć nieprzystępność materiału, ale z drugiej strony wniknięcie w uniwersum Arki zabija ten dyskomfort. Więc naprawdę warto cierpliwie posłuchać i choć na chwilę zapomnieć o przycisku skip, choć to na pewno muzyka "nie dla każdego".

Michał Kołaczyk: Dobra, format 4/4, złożony z czterech oddanych szalikowców, to lekka farsa, ale znajdźcie mi tu kogoś, kto byłby w stanie uczciwie podjąć się celowego sabotażu, dokonując skutecznego i przemyślanego kontrnatarcia na przekór artylerii pełnych zachwytu głosów padających z każdej możliwej strony. Znajdzie się ktoś taki? Tak więc na ten moment chyba jesteśmy skazani na gorącą dyskusję w muzycznym światku, z maczetami i poprzegryzanymi tętnicami, przywodzącą na myśl brutalną codzienności TVP-owskiego "gościa wiadomości". Niby chodzi mi tutaj o tę uczciwą-nieuczciwość, świadome podłożenie się i dokonanie fałszywej prowokacji, aby wznieść do tej epigońskiej kostnicy cząstkę jakiejś witalnej ikry przyjmującej wyraz słodkiej, fekalnej, argumentacyjnej bitwy, gliwickiej radio-edit prowokacji, pouczającej wymiany zdań dla wybranych (dla reszty frustrującej), bo z jednej strony nie leży mi na sercu, aby kolaboracyjnie dokładać się do nieprzerwanego potoku słów rozpływających się nad doskonałością Arcziego, ale z drugiej, wbrew podjętemu sztucznie stanowisku, jestem w nowej Arce, mimo jej drobnych niedookreśloności, szczerze zakochany. Pardon, beznadziejnie zakochany w tym melancholijnie pięknym, z większym naciskiem na melancholijnym w piękny sposób, albumie.

Więc czekam na kogoś, jakiegoś wyzwoliciela, kogokolwiek, kto mógłby to bardziej złośliwie wyartykułować, nie będąc jednocześnie tak bardzo emocjonalnie związany. Kogoś, kto może pozbawiony pierwiastka tej czułej ojcowskiej reprymendy opowie, że jako brudne leniwe i kanalne szczury pragnęliśmy czegoś więcej, że w natłoku klimatycznych pejzaży cierpi to wszystko miejscami na lekkie braki treściowych konkretów. Że po zbyt doskonałym początku, dalsze części bledną, zanim się ujawnią. Też coś można nakreślić, że owszem, te wokalizy na tle towarzyszących im drobnych instrumentalizacji są samobójczo-zabójczo urocze, jednak nie przeradzają się, z wyłączeniem kilku wyjątków, w coś absolutnie hipnotyzującego, zahaczając niestety momentami niebezpiecznie o zamęczającą nudę i takie sobie smęcenie dla smęcenia pozbawione bardziej stanowczo wytyczonego wcześniej kierunku. Dobra, rozpoczynam, spróbuję, podaje hasło… error hasło nieprawidłowe... matka zdejmuje… hasło – Arca Gdynia, kur*a świnia – I w zasadzie tyle infantylności i krytycyzmu z siebie mogę jeszcze wykrzesać, tym byłby cały mój atak. Bo lekko wymiękam biorąc pod uwagę, jak cudownym i przygnębiającym przeżyciem jest sam początek, że dla tych kilku minut, ba, także dla tych rozkosznych rozstrojonych i przywodzących na myśl VHS-owe brzmienie momentów, można Arce odsprzedać nieco duszy po bardzo korzystnym kursie, bez zbędnych analitycznych gier słownych. No cóż, starałem się być zły, ale się wycofam, bo w sumie jak się nie umie grać w grę, to się nie gra… Przy nowym wydawnictwie grać do końca nie potrafię, hasła też nie znam. Dobra, już bez przesadnego cipienia się, bardzo spoko album, ale z mojej perspektywy brak mu sporo (konkret), aby móc stać się częścią mojego rocznego podsumowania best of the best 2017, w końcu chłodny racjonalizm ponad niepewny i zdradliwy poryw chwili.

A, jeszcze jedno, aby demonicznie napsuć zdrowej krwi; prowokacja złotka! Z całym szacunkiem, ale nie mogę pod żadnym względem zgodzić się z przedmówcą, że nowa Arca jest grą dla wybranych. W swym rdzeniu to bardzo plastyczna i dość bezpośrednia wrażliwość. Jest ten główny płaczliwy plan, który z łatwością wpadnie w ucho nawet niekumającym za wiele laikom, to bardzo prosty w formie muzyczny komunikat – sprawdzone na kilku osobach, kilku estetycznych preferencjach, od świeżo-jabłczano zielonych po specjalistów od irańskiej alternatywy – "ładne, gość musi być mocno smutny". Że jest to zbanalizowana, spłycona perspektywa, ale czy konieczna nam jest zdolność rozumienia całego spektrum emocjonalnych odcieni w najdrobniejszych ich przejawach, aby móc zajarzyć tkwiącą tu głębie? W tym konkretnym przypadku krzyczę głośne "Veto", ośmielając się nie zgodzić.

Stanisław Kuczok: Mam pewien problem z najnowszym wydawnictwem Arki. "Sin Rumbo", zamykający ceniony przeze mnie zeszłoroczny mixtape Entrañas, z miejsce wydał mi się najciekawszą rzeczą, jaką Alejandro popełnił od dłuższego czasu i idealnym kierunkiem, jaki Wenezuelczyk mógłby obrać, żeby w przyszłości uniknąć zjadania własnego ogona. Omawiane s/t to wręcz stuprocentowe rozwinięcie zakładanego przeze mnie scenariusza, a jednak nie potrafię do końca przekonać się do tego materiału. Całość nie jest aż tak przeciągnięta jak Mutant, a jednak nie udaje się Arce utrzymać mojej uwagi na całej długości tego LP. Momentami wokalno-emocjonalny ekshibicjonizm uprawiany tu przez muzyka zachwyca, lecz są też fragmenty, które zalatują dość męczącą dla mnie na dłuższą metę operowo-płaczliwą manierą Anohni. Kawałki olśniewające, jak choćby "Desafío", na którym Arca, zbliżający się tak niebezpiecznie blisko tradycyjnej w formie piosenki, robi piorunujące wrażenie, przeplatają się z niewnoszącymi za wiele numerami w stylu "Child", przy których można zatęsknić za połamanymi basami i całym tym pojebanym arsenałem Wenezuelczyka, który potrafił w jednym numerze upchnąć więcej chorych zwrotów akcji niż Stewart na dowolnym albumie Xiu Xiu. No, w każdym razie ja tu sobie pierdolę jakieś farmazony, a jednak album oceniam na mocną szóstkę. Problem tkwi w tym, że jak na mój gust Ghersi, ze swoim potencjałem i nieograniczoną wyobraźnią, ma wszelkie papiery na to, żeby regularnie podbijać nasze podsumowania roczne, więc wierzę, że stać go na jeszcze więcej.

Łukasz Krajnik: Muszę przyznać, że taki Arca podoba mi się najbardziej. Wenezuelski muzyk w końcu w pełni wykorzystał swój potencjał i stworzył dzieło kompletne. Udało się to przede wszystkim dzięki niezwykle odważnym decyzjom artystycznym, mogącym zaskoczyć nawet najwierniejszych kibiców Alejandra. Pierwszą istotną innowacją jest zintegrowanie, charakterystycznej dla autora Mutant, gęstej produkcji z ekscentrycznymi wokalizami. Ten zabieg nadaje kompozycjom całkiem nowej jakości, albowiem śpiewane zwrotki i refreny uczłowieczającą sztuczność bijącą od jego standardowych, futurystycznych beatów. Dzięki pierwiastkowi melodyjności twórca Xen przestał być bardem alienacji. Sprawdzony repertuar abstrakcyjnych muzycznych szkiców poszedł do kosza i został zastąpiony spójną kolekcją w pełni ukształtowanych piosenek. Self-titled zaskakuje również liryzmem tekstów poszczególnych utworów. Wyśpiewywane rozedrganym, łamiącym się głosem wersy opisujące życie uczuciowe artysty potrafią mocno chwycić za gardło. Ten gość grzebie we własnych emocjonalnych bebechach i dzieli się intymnymi refleksjami z innymi wrażliwcami. Najnowszy album boga glitch-hopu stanowi więc kwintesencję ludzkich namiętności – bywa ułomny i banalny, ale też wzruszająco piękny.

Redakcja Porcys    
24 kwietnia 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja