RECENZJE

Aphex Twin
Drukqs

2001, Warp 3.9

Tytuł wydaje się interesujący. Zawartość niestety trochę mniej. Zamiast narkotycznych wizji Richarda D. Jamesa, otrzymujemy coś na wzór muzycznego brudnopisu – chaotycznego, niechlujnego i nieczytelnego. Mało tego, zapiski Aphex'a zajmują mu ponad półtorej godziny, z konieczności rozłożone na dwóch dyskach. Krótko mówiąc, zakup oznaczałby w tym wypadku całkowite marnowanie waszych ciężko zarobionych pieniędzy, Drodzy Czytelnicy.

Ehh, do tej pory wydawało mi się, że jak ktoś nie potrafi ograniczyć się do krążka trwającego maksymalnie 79 minut 59 sekund, musi mieć mnóstwo interesujących pomysłów. Żeby nie szukać za daleko – weźmy takie Selected Ambient Works Volume II. Nie sprzeczając się o to, czy wydawnictwo to lepiej prezentowałoby się jako pojedyncza płyta, chyba nikt nie zaprzeczy, że przez dwie i pół godziny minut trwania albumu nieprzerwanie docierają do nas jednakowo godne uwagi dźwięki. Dzieło owe miało po prostu wyraźny cel i sens, a jedyną niedogodnością była konieczność zmiany kompaktu po pierwszych siedemdziesięciu minutach.

Niestety, nic podobnego nie można powiedzieć o Drukqs. Gdyby sporządzić wykres prezentujący poziom kompozycji w funkcji czasu, zaczynałby się on dość wysoko, by gwałtownie zjechać gdzieś na wysokości trzeciej minuty, okupując dolne rejony osi do samego końca, tu i ówdzie wydając tylko nieznaczne drgania. Tego albumu po prostu nie sposób słuchać zbyt często, bo nie ma w nim dosłownie nic mogącego chociaż na chwilę wyrwać z marazmu, ogarniającego słuchacza już na samym początku. Nie ma tu żadnych wzlotów, Drukqs to jeden, nieznośnie długi upadek.

Przyjrzyjmy się chociażby konstrukcji albumu. Być może pan James obraziłby się na mnie za porównania do brudnopisu, bowiem autor stara się tu stworzyć pewne pozory przemyślanego układu. Bliżej mu w tym jednak do banału, niż wirtuozerii. Aphex wymyślił, że charakterystyczne połamańce rytmiczne będą sporadycznie przeplatane całkiem nie przystającymi miniaturami fortepianowymi. Pomysł, choć prosty, byłby może do zniesienia, gdyby te dwa, z pozoru całkiem odrębne muzyczne światy udało się złożyć we frapującą całość. Ale nie, dwa całkiem odrębne muzyczne światy pozostają dwoma całkiem odrębnymi muzycznymi światami, a Richard James wręcz kompromituje się swoim brakiem inwencji i całościowej koncepcji. Cóż, downloading musiał w końcu rzucić się na mózg naszemu bohaterowi. Pamiętajcie dzieci, nie słuchajcie muzyki z komputera, bo skończycie podobnie, okaleczeni i zupełnie niezdolni do spojrzenia na album jak na dzieło sztuki.

Całkiem oddzielną sprawą są walory artystyczne wspomnianych elektronicznych szaleństw oraz fortepianowych impresji. W obu przypadkach są one niepokojąco niskie. Płytka sprawia wrażenie, jakby została przez Jamesa wypalona po całonocnej balandze, w ciągu kilku godzin, oraz niestety w wyniku przypadkowego rąbania w klawisze klawiatury, czy inne guziki. A wynikiem jest oczywiście krążek bezbarwny, męczący, kilka razy za długi.

Aha, i jeszcze jedno. Wszyscy wiemy, że Richard James był do tej pory uważany za artystę wskazującego drogi rozwoju nowoczesnej muzyki elektronicznej. Świeżych pomysłów próżno szukać na Drukqs. I chociaż entuzjaści tropienia paradoksów na pewno sam ten brak odkrywczości uznaliby za nowość, niżej podpisany na pewno do sofistów się nie zalicza. Nic, poza chęcią zarobku, nie może tłumaczyć tego wydawnictwa. A pieniądze nie są w końcu żadnym usprawiedliwieniem.

Michał Zagroba    
22 marca 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja