RECENZJE

Apes
Oddeyesee

2003, Frenchkiss 6.0

- Czyli starasz się poszerzać ramy pojęcia "recenzja", czyż nie?
- To nie takie proste jak by się wydawało. Ludzie nie kumają nowatorstwa.
- Wiadomo, to musi być zniechęcające. Że nikt nie załapał o co biega w recce S-Process na przykład. Wiesz, chciałeś być Christopeherem Nolanem, ale net rządzi się swoimi prawami, kto tam by "czytał" reckę. Recki się przegląda.
- Właśnie. Niekiedy odnoszę wrażenie, iż wysiłek i kreatywność autora idą na marne.
- Więc poddasz się? Rezygnujesz z ambitnych, awangardowych tekstów?
- Wręcz przeciwnie.
- Wow, co zamierzasz?
- Mam zamiar zmiażdżyć wszystkich i napisać najbardziej odjechaną reckę wszechczasów.
- Ale jak to zrobisz?
- "A pozabijam ich wszystkich". Normalnie. Zmiażdżę. Hahah. Po prostu.
- Umieram z ciekawości.
- Nie umieraj mi tam. Tak, szykuj się na masakrę.


Środa, 1 Października 2003.

Nie ma pierwszego. Dobrze to ujął. Wakacje są zawsze za krótkie, mijają za szybko, żal wracać do regularnego trybu, do zajęć. Dziś właściwie ostatni dzień kiedy jeszcze można było się wyspać, zdrowy student w wolne dni śpi do południa co najmniej. Anyway. Zastanawiające, ile osób czytałoby takiego bloga, gdyby go zamieścić w siatce. Nie ma blogów. Zresztą to zależy od osoby piszącej, ha ha. Jeśli jest wielką indywidualnością, wybitną postacią, i potrafi w atrakcyjny sposób przekazywać swoje przemyślenia, to czemu nie. W końcu to tylko jeszcze jedna forma ekspresji. Jak przenikające się literki, poezja przyszłości, poezja wizualna, znaki pływające na ekranie. Co za gówno. Kiedy ona wróci. Już późno. Z takich bieżących tematów, to wczoraj strajk taksówkarzy sparaliżował miasto, zmuszając setki przechodniów do zatykania uszu palcami w celu uratowania słuchu. Jak wiadomo, słuch jest cennym zmysłem, warto go oszczędzać. Taksówkarze najwyraźniej mają głęboko w dupie rozważania o zmysłach. Oni tylko walczą o swoje, choć nie do końca orientuję się w ich postulatach, olać to. A więc sięgnąłem wczoraj po Odyseję i znalazłem fragment, w którym tytułowy bohater wspomina procedurę składania ofiary. Naprawdę ciekawe.


Kiedy odblokowałam zacinający się zamek do drzwi wejściowych i machnęłam na wieszak przemoczony płaszcz, on spał spokojnie w salonie, rozpostarty na dywaniku, w pozie zemdlonego narwańca, z krzywo rozłożonymi kończynami. Ręce ukierunkował jakby w przeciwne zwroty, lewa noga podwinięta, prawa wyprostowana luźno, luzacko wręcz. Wyglądał ślicznie; napięte i przemęczone rysy jego twarzy emanowały mimo wszystko natchnionym, relaksującym ciepłem. Oddychał miarowo w ciemno-pomarańczowym pół-świetle pokojowej stojącej lampy. Z głośników sączyły się agresywne, zwariowane, choć staroświeckie dźwięki rockowej psychodelii, a ekran monitora błyszczał mocnym, śnieżnym promieniem otwartego pliku wordowskiego. Zdjęłam pantofle, podeszłam na paluszkach nieco bliżej i uklękłam kilkadziesiąt centymetrów obok jego głowy. W takich momentach czuję się szczęśliwa i niewiele więcej mi brakuje. W takich momentach nie żałuję różnych decyzji, jakie podjęłam w życiu. Nachyliłam się ostrożnie i położyłam lodowatą, wilgotną jeszcze od deszczu rękę na zmiętoszonych, rozkołtunionych włosach śpiącego. Coś drgnęło?

- Co?!
- Cześć.
- Uff, to ty. Przestraszyłem się, że ktoś mnie morduje właśnie. Co cię tak bawi, z czego się śmiejesz?
- Nic. Hahahah.
- Która godzina? Ścisz to, hałasuje nie do wytrzymania.
- Fajne. Heh.
- Wiem. Cholera, muszę kończyć reckę skarbie.
- OK. Przygotuję kolację.
- Huh? Ile my mamy właściwie lat? Co tu się dzieje.
- Nie wiem, nie wiem. Ale jest mi w tym związku dobrze.
- Hm. Mi też. Ja odbiorę.


Zasadniczym dążeniem Apes jest fuzja progresywnego rocka z punkiem, a nawet post-punkiem. To drugie nie dziwi zupełnie, wystarczy zerknąć na wytwórnię, ale wprowadzenie elementów art-rockowych to zabieg co najmniej niecodzienny. Należą się słowa uznania za samą próbę zhybrydowania dwóch odmieńców. Naturalnie, nie mamy do czynienia z drugim Six Mansun; w znacznej połaci założenie nie sprawdza się w praktyce i owocuje mętnym, przegadanym, pretensjonalnym dziwactwem. Niemniej kilka fragmentów realizuje ideę bezbłędnie, eksponując specyficzne napięcie między ścieranymi pierwiastkami. Sztandarowym przykładem sukcesu tej formuły jest "Myops Coin-Ops", efektowna, pełna mroku, a jednak diabelsko chwytliwa krzyżówka marszowej, nerwowej rytmiki wczesnego Gang Of Four z zadętą, rozwlekłą baśniowością a la Jethro Tull. Niespodziewanie, mutant działa, przyciągając to urywanym riffem, to przymulonymi tematami organów. Klucz stanowi rzecz prosta i ta co zwykle: umiejętne rozprowadzenie killerskiego motywu.

Na Oddeyesee aż roi się od zapożyczeń z prog-rocka lat siedemdziesiątych. Odległe, podniosłe organy w "Imagik" naśladują Emerson, Lake & Palmer z najlepszych lat. Hard-rock "Abdard The Ark" to wykapane Deep Purple circa In Rock. "Modern Problems" korzysta z brzmienia organów "In-A-Gadda-Da-Vida" Iron Butterfly. "Children Of Brainbow In Brainbro" znów zahacza o Jethro Tull. Z kolei kościelny instrumental "While Majestic Are Sleeps" porusza się w rejonach Procol Harum. Apes sięgają w zakamarkach historii rocka jeszcze dalej wstecz. Blues-popowa odsłona "Forest Of Confusion" czerpie z króciutkich, zadziornych piosenek Animals. Nawiedzony klimat obrzędu może się skojarzyć nawet z debiutem Amon Düül II. Szkoda, że trzynasty w kolejności (pewnie feralny?) "Worwiz" wyłamuje się z konwencji i przybliża stylistykę Apes do niebezpiecznie zatrważającego gotyku Lacrimosy. Tak czy owak, wychwycanie tych niuansów to z pewnością gratka dla znawców starszego rocka.


Przeraźliwy chłód to pierwsze, co poczułem w chwili przebudzenia. Otwarłem powieki i zobaczyłem ją. Siedziała na kolanach tuż obok, głaszcząc moje czoło w geście troski. Krople ściekały jej powoli znad zwichrowanej fryzury. Uśmiechała się nieco ironicznie. Musiałem rzeczywiście prezentować się jak zwrakowany, przepocony trup. Oddeyesee dobiegało finału na wieży. Ile spałem? Cóż za chore akcje się dzieją w snach. Lecz często realny czas trwania zawiłych, epickich, pozornie wielogodzinnych zmór to zaledwie parę minut. Świadomość funkcjonuje wtedy inaczej. Perspektywa budowania następnej recki na wątkach majaczenia i letargicznych złudzeń zupełnie mnie nie przekonuje. To chybiona myśl. Teraz trzeba coś zjeść, jestem taaaki głodny. Mówi, że przygotuje kolację? Ho ho, może jednak to nie jawa. Rozważam utratę zdolności mnemotycznych, albo przemieszczenie w odrębny wymiar. The Matrix has you. Idź za białym królikiem. Ma taką białą, kremowo-białą bluzkę. Telefon dzwoni, idę odebrać.


Kiedy zeszliśmy na wybrzeże, najpierw zepchnęliśmy okręt na boskie morze, po czym ustawiliśmy maszt i zawiesili żagle, wreszcie wzięliśmy i zaprowadzili te owce i samiśmy wsiedli, smutni i we łzach. Tymczasem Kirke o pięknych warkoczach, dziwna bogini o głosie ludzkim, posłała nam w ślad za błękitnodziobym okrętem pomyślny wiatr, zacnego towarzysza, by nam żagle wydymał. Gdy z niemałym trudem doprowadziliśmy cały osprzęt do porządku, zasiedliśmy w nawie, a wiatr i sternik ją prowadzili. Przez cały dzień pruliśmy morze z rozwiniętymi żaglami.

Słońce zaszło, pociemniały wszystkie drogi, gdy dotarliśmy do kresu głębokich strumieni Okeanosa. Tam jest lud i gród Kimeryjczyków, okryty mgłą i chmurami. Nigdy tam nie docierają promienie świetlistego słońca, ani gdy się ono wznosi ku niebu gwiaździstemu, ani gdy z nieba znów zmierza ku ziemi, lecz noc zabójcza rozciąga się nad nieszczęsnym narodem. Tam przybywszy, okręt przysunęliśmy do lądu i wyprowadzili owce. I szliśmy z biegiem Okeanosa do miejsca, które wskazała Kirke.

Tam już Parimedes i Euryloch zajęli się ofiarami, a ja dobyłem ostrego miecza, który miałem przy boku, i wykopałem dół na łokieć wzdłuż i wszerz, przy nim wylałem obiatę dla wszystkich umarłych. Najpierw mieszankę z miodu i mleka, następnie słodkie wino, za trzecim zaś razem wodę, i posypałem białą mąką. Żarliwie błagałem umarłych mdłe głowy, mówiąc, że skoro znajdę się w Itace, jałówkę najlepszą, jaką mam, złożę im w ofierze na stosie pełnym darów wybornych, ponadto samemu Tejrezjaszowi zabiję czarnego barana, ozdobę naszych trzód.

Gdy już modłami uśmierzyłem rzesze umarłych, schwyciłem owoce i zabiłem je nad dołem, tak by doń ściekła czarna, dymiąca krew. Zaczęły wychodzić z Erebus dusze umarłych. Młode kobiety i pacholęta, i starcy, którzy wiele wycierpieli, panny nieletnie noszące w sercu świeży ból, rzesze mężów poległych w boju Aresa od mieczów spiżowych, a mających na sobie zbroje zbroczone – wielki tłum kroczył w stronę rowu z niesłychanym lamentem: zielony lęk mnie zdjął. Wtedy wezwałem towarzyszy i kazałem im owce, które leżały zabite nielitościwym spiżem, obedrzeć i spalić, i modlić się do bogów - do potężnego Hadesa i strasznej Persefony, a sam, dobywszy miecza, co wisiał u boku, zasiadłem i nie dawałem mdłym głowom umarłych zbliżyć się do krwi, póki nie rozmówię się z Tejrezjaszem.


Apes: Nie opiszesz zawartości naszej płyty prawidłowo, jest za trudna.

Recenzent: Nie, nie, nie! Potrafię opisać każdy rodzaj muzyki!

Caprice Bourret: Czy ktoś poza mną też to pije? Boję się!

Recenzent: Lubiłem ten cykl podróżniczy. Mogłabyś dorobić nowe odcinki. Zwłaszcza utkwiły mi w pamięci wizyty w Szkocji, Hiszpanii i na jakichś egzotycznych wyspach.

Caprice Bourret: Też mi się podobało, choć na plaży w Hiszpanii miałam niedopasowany kostium.

Recenzent: To co z tego.

Ryszard Kalisz: No dokładnie, co z tego. Wstydzić się pani nie ma czego.

Antoni Macierewicz: Panie pośle, niech pan nie płacze.

Jerzy Dudek: Mnie by tam nie przeszkadzało.

Recenzent: Za dużo was.

Apes: Możemy ci dać wskazówkę.

Recenzent: Nie! Ja sam! Ja wiem! Chodzi o motyw wojaży. Stąd duch Caprice. Ona też zjeździła świat w serialu emitowanym niegdyś na Travel Channel.

Caprice Bourret: Motylem jestem.

Andrzej Rosiewicz: Czterdzieści lat minęło, jak jeden dzień...

Caprice Bourret: O, wypraszam sobie. Jestem znacznie młodsza.

Krzysztof Ibisz: Biorę po dwieście złotych od każdej drużyny i słucham państwa.

Potwór Numer Jeden: Nie ma Ibisza. Dobra, koniec zabawy. Albo recytujesz historyjkę wokół której osnuto Oddeyesee, albo wessiemy cię w nasze spragnione krwi gardła.

Potwór Numer Dwa: Zresztą wszystko jedno, i tak rozszarpiemy cię na kawałki, hahahah!

Adam Michnik: Nam nie jest wszystko jedno.

Recenzent: To proste! Oddeyesee to pokrętne odwołanie do Homera. Wnioskuję po tytule. Zatem może to rodzaj concept-albumu, adaptującego przygody Odysa.

Apes: Nope.

Potwór Numer Jeden: Już po tobie, aaaaa!!!

Potwór Numer Dwa: Krew, czuję krew!

Odyseusz: Zdaje się, że ktoś wywołał moje imię. Mam nadzieję, że nie nadaremnie. Żądam wyjaśnień. Szybko, bo już ruszam w dalszą drogę.

Caprice Bourret: Oh my god, niezły atleta. Co robisz dziś wieczorem?

Potwór Numer Jeden: Czas mija, ahahahha!

Potwór Numer Dwa: Tak smakuje krew!

Recenzent: Caprice, bądź moją Ateną!

Caprice Bourret: Mogę być ci najwyżej Afrodytą.

Apes: Posłuchaj podpowiedzi.

Caprice Bourret: Przyjrzyj się, to taki żart, zestaw trzech trzyliterowych słówek, "odd", "eye" i "see". Podobnie jak "Dub / no / bass / with / my / head / man".

Odyseusz: Ej, nudzi wam się? Przecież tłumaczę, że się śpieszę. Mój statek-wehikuł "Butterfly" ma tę wkurwiającą właściwość, że jak zgaśnie, to potem chujowo ciężko go ponownie odpalić. Albo wykładacie kawę na ławę, albo zmykam, kmiotki.

Recenzent: Zaraz, zaraz! Już mam! Że motylek, dwugłowy motylek, tuła się w poszukiwaniu sensu. To główny bohater opowieści. Mijając stepy, sawanny, pustynie i prerie natyka się wreszcie na magicznego pomocnika, Worwiza. To typowo kiczowata fantastyczna fabułka, heh. Poziomem rywalizuje z Wiedźminem. Nieważne. No i tego, wędrują tak sobie. Oczywiście, czeka ich mnóstwo niebezpieczeństw, groźni rycerze, odpychające klasztory i zamki, a na koniec wybucha bomba atomowa, za co notabene odpowiada sam Worwiz, ale on tego nie chciał, przysięgam, zostawcie mnie, puszczaj łajzo, łapy przy sobie, ja nie chcę, zostawcie, nieeeee...

Borys Dejnarowicz    
2 października 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja