RECENZJE

Anohni
Hopelessness

2016, Secretly Canadian 6.7

"Hehe, pacz synek baba z wąsem XD"*. Anohni jest transem, może to triggerować gości spod znaku "białych, najbardziej dyskryminowanych hetero-mężczyzn" dających upust swojej paranoi w komentarzach o niechybnym upadku zlewaczałego Okcydentu, umieszczając wszędzie swoje elaboraty, od Onetu zaczynając, na programach o lodofokach grenlandzkich na Discovery kończąc. Z drugiej strony zwalą się wojownicy PC i SJW rozklejający się nad cywilną odwagą Antoniego i nad jej/jego zaangażowaną liberalną postawą na rzecz praw człowieka. Nie mam z tym problemu, ale zazwyczaj taka instrumentalna nobilitacja nie uwzględnia tego co najbardziej w byciu muzykiem esencjonalne. Jeśli zaś chodzi o określenie własnego stanowiska to proszę kliknąć w to hiperłącze. Generalnie estetyka > etyka, a dodatkowe kombinowanie wokalistki z Lou Reedem i Björk powinno definitywnie uciąć niepotrzebne polityczne dywagacje, pozwalając na ucieczkę przed trudną problematyką społeczną na rzecz tego, co powinno nas w jej osobie najbardziej pociągać (określanie w żeńskiej formie wydaje mi się lepszym rozwiązaniem).

Przed Hopelessness było Antony And The Johnson z flagowym, bardzo przejmującym I'm A Bird Now. Anohni ze swoją głęboką wrażliwością snuła ckliwe historie pełne nadziei i wiary, że któregoś słonecznego dnia zamieni się w pięknego motylka pomimo pokutowania pod głęboką warstwą cuchnącego szlamu dekadencji, wstrząśniętej i zmieszanej z socjalną fobią wynikającą z problemów tożsamościowych. Główny trzon stanowiła siła dosadnego pianina, któremu wraz z głębokim głosem wokalistki, udawało się na przestrzeni kilku albumów nie porażać jarmarcznym emocjonalnym szantażem, i zwyczajnie, tak po ludzku, cieszyć. Nowy projekt miał opuścić intymny świat, głównie zindywidualizowanego smutku, na rzecz pełnego artystycznego otwarcia na współczesną problematykę wraz z przepoczwarzeniem się Anohni w oskarżającego świat zachodu, zaangażowanego społecznika. Można było na chwilę wstrzymać oddech, biorąc pod uwagę ryzyko, że ta poczwarka może zaprzepaścić swoją szansę ulegając procesowi Peszkoizacji, do czego niestety po części dochodzi. Można odczuwać lekki dyskomfort słuchając o przenicowanym dronami spokojnym niebie bombardującym smażące się w skwarze globalnego ocieplenia małe lemury, które inwigilowane przez rząd USA (tatusiu obserwuj mnie) w post 9/11 paranoi, cierpią przez zatwardziałe korporacyjne sztuczne serca.

Pomimo przeszarżowanej dosłowności, gdzie, jak było to ujęte na starcie, w konstrukcji strony lirycznej kwestie etyczne daleko wychodzą przed kwestie estetyczne, wybory słowne na szczęście tak bardzo nie drażnią, zwłaszcza jeśli stworzona wokół otoczka muzyczna stoi na wysokim poziomie. Tak jak możemy mówić o pewnej tekstowej przemianie, w warstwie muzycznej za pomocą Hudsona Mohawke i Oneohtrix Point Never dochodzi do całkowitego przewrotu, w którym Anohni całkowicie, i z wielkim powodzeniem, porzuca klasyczne instrumentatorium na rzecz nowej elektronicznej szaty. Z tym co się towarzyszącym gościom udało, Anohni mogłaby sprzedawać nawet najbardziej drewniane i żenujące słowne zlepki, a i tak wszystko wyszłoby obronną ręką. Powiew świeżości, który tchnął nowe życie w starą formułe, sprawdza się w niemal każdym elemencie płyty, czy to tworząc podstawę dojmujących singli, czy to ćwiekując kawałki czającymi się na drugim i trzecim planie smaczkami, po zapuszczanie się w bardziej eksperymentalne rejony.

Zmiana zmianą, rewolucja rewolucją – rdzeń siły wyrazu, czyli nadwrażliwość Anohni, pozostaje taki sam. Ponownie stajemy oko w oko z czymś równie emocjonalnie chwytliwym, do czego byliśmy poprzednio przyzwyczajeni; czuć to zwłaszcza przy ckliwych i patetycznych zapalniczkowych momentach; co wadą nie jest, naturalna potrzeba sentymentalnych podniet podstawą piramidy Maslowa. Mając to wszystko na uwadzę i korzystając z chwili uwagi, chciałbym jeszcze usłyszeć ten głos w każdej możliwej stylistycznej permutacji, czego państwu również życzę.

*Tak sobie rozkminiałem, czy ultra nieśmieszny Koń Polski, budujący swój humor na żartach o facecie co przebrał się za babę, to nie są jacyś wirtuozi wyrafinowanych taktyk podkopywania binarnych podziałów płciowych żywcem wziętych ze spuścizny Judith Butler. Ale to taka drobna nadinterpretacyjna dygresja dla wczutych w temat (dla reszty: klikać w link).

Michał Kołaczyk    
20 września 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie