RECENZJE

Annie
Anniemal

2004, 679 7.7

"Ssshhhhhhhh. Let's start the record"

Prywatnie, mój romans z Annie zaczął się pewnego wczesnojesiennego popołudnia, gdy przy herbacie przeglądałem New Answers na ILM. Jeden z wątków opiewał blondwłosą norweską wokalistkę popową i jej piosenkę "Heartbeat" albo "My Heartbeat", jak sprzeczali się inni – drugi, wtedy dopiero planowany, singiel z debiutanckiego krążka Anniemal. Zagłębiłem się w temat, bo komentarze odnośnie panny dość entuzjastycznie miksowały zachwyty nad jej wdziękiem, urodą i (muzycznymi) zasługami. ("Ta. Zwłaszcza za te zasługi".) Oficjalna strona internetowa Annie oferowała sensowne atrakcje dla momentalnie zauroczonego "sympatyka", jakim się nagle stałem. Oprócz ślicznych zdjęć wykwintnie uwodzicielskiej Skandynawki otrzymałem też ucztę dla zmysłu słuchu: pięć kawałków z wyżej wymienionego LP leciało w streamie, a były to "Heartbeat", "Chewing Gum", "No Easy Love", "Greatest Hit" i "Always Too Late". Z wyjątkiem ostatniego, po prostu solidnego, zimnego electro-noir na modłę "Frozen" Madonny, portfolio roztapiało w cudnej słodyczy, podniecało oszałamiającą jakością próbki materiału i dziko zaostrzało apetyt przed sięgnięciem po cały album. Oh, god, chyba się zakochałem.

Była połowa października. Plotki donosiły o rozdawaniu Anniemal jako nagród w konkursie radiowym rodzimej stacji. Sprawdziłem zatem w warszawskich sklepach, ale skucha, bo na słowo "Annie" kolesie reagowali: "co, Aaliyah?". (Klasycznym dziś już skitem jest jak nasz naczelny tuż po premierze Source Tags And Codes chciał nabyć tę pozycję w różnych Empikach i Mediach. Po "Trail Of Dead" następowały gorączkowe zapytania i uściślenia: "jak, Cradle Of Death?". Podobne klimaty w sumie.) Deską ratunkową okazał się więc, typowo, net, aliści Amazon UK trochę nas olał z realizacją zamówienia i kazał przetrwać na głodzie długie tygodnie. Rozpoczęło się wielkie żmudne oczekiwanie. Zaglądałem na website laski codziennie i męczyłem na okrągło kwintecik serwowanych tam tracków. Ostrzegałem publicznie, że jeśli CD nie trafi do mnie na dniach, to zgwałcę witrynę piosenkarki. Wdrożyłem skromnie zakrojoną, acz intensywną kampanię propagandową w okolicy przyjaciół i znajomych, gdyż w tym okresie moja fascynacja postacią Annie sięgała zenitu. Znający moją skłonność do skrajnych emocji, hiperbolizacji i idealizacji lubianych zjawisk nie dziwili się strasznie.

Każdemu nawijałem jak najęty o takiej dziewczynie z Norwegii, która niegdyś frontowała niezal-rockowej kapelce, choć reszta składu zrezygnowała, by grać trip-hop (!!), więc nasza zawiedziona bohaterka samotnie zwróciła się w stronę inteligentnego tanecznego popu i wraz z ówczesnym chłopakiem o pseudonimie Erot (odwrócone imię Tore), nagrała w 1999 singla "Greatest Hit". Następnie chłopak zmarł tragicznie (zresztą jemu dedykowane jest wydawnictwo), a Annie kilka lat mocowała się z materiałem własnego (!!!) przeważnie autorstwa, zasięgając przy okazji pomocy czołowych w gatunku producentów-krajanów, w tym gościa z ("naszego", mmm mmm) Röyksopp (co zresztą wcale słychać w aranżacjach). Po drodze niektóre serwisy w sieci już "odkryły" artystkę. Fuck. Mike prosił mnie nawet osobiście o playlist. Twardo odmawiałem, licząc na nadejście przesyłki. Aż któregoś wieczora Mike pisze mi: "Twoja ukochana raczyła wreszcie do nas wpaść". Niestety, jebane buraki na poczcie widocznie obchodziły się z paczką jak z kartoflami, bo moja ukochana została przez nich kompletnie pozbawiona uzębienia. Po otwarciu pudełka biały dysk fikał sobie luźno z ryzykiem wypadnięcia. Musiałem tylko wymienić płytce środek i po tych wstępnych operacjach mogłem przystąpić do wymarzonej od miesięcy randki sam na sam.

Ocena w nagłówku recki puentuje anegdotkę, ale zatrzymajmy się na chwilę przy kategorii oddziaływania przez wykonawczynię na męskiego odbiorcę. Kiedy puściłem kumplowi kilka fragmentów Anniemal, zaśmiał się w otumanieniu i wydusił, że takie metody powinny być zabronione prawnie, bo w tym przekazie podprogowym zredukowana zostaje rola estetyczna, a na czoło wybija się bezkompromisowy atak feromonów. Wobec którego faceci są bezbronni. Rzeczywiście, poza wydaniem bezspornie najlepszej płyty komercyjnego popu w mijającym roczku, Annie posiada zdolność chemicznego zaczarowania płci przeciwnej. Naprawdę, ciężko się oprzeć no. Sam tytuł.. Błagam.. "Wake up the animal inside of you", hello. Wkładka z fotografiami: ciąg dalszy. Ujęcia leżącej Annie z rozsadzającym uśmiechem, to na boku, to na wznak, w jasnej jeansowej kurtce nabijanej srebrnymi guzikami, tatuaż skorpiona po prawo od pępka. Aaaj. Teksty naturalnie prowokują skojarzenia seksualne co krok. Powiecie, że moje artykuły są monotematyczne, ja powiem, że uświadomienie sobie omawianej kwestii ma znaczenie kosmiczne, dlatego składam jej uwielbienie liryczne, a uzależnienie czuję tylko fizyczne. Nazywam kijek kijkiem. I nawet dyżurny grzeczny chłopiec ekipy, Grek, przyznał: "kobieta ma klasę, podoba mi się to". Yay!

Co natomiast istotne, tkwi w malutkim szczególiku. Mianowicie, z tej palety afektów, Annie kreuje pewną świeżą, dystynktywnie nową wartość. Łagodny erotyzm w jej wykonaniu idealnie komponuje image z wyrachowanymi, minimalnymi, repetycyjnymi bitami "ludzi północy". Atoli przy inauguracyjnym zetknięciu ochrzciłem ją "niezal-Kylie", ponieważ w zestawieniu z chłodem i napastliwą łóżkową dominacją K, zwiewny, cichutki, szepczący wokal Annie emanuje subtelnością i głębią*. (Aha, no i publikuje dla tej firmy co Futureheads: 679. Ech, i po co to 7 w środku?) Z kolei w kontekście Milky, nieśmiałość i zagubienie Annie nigdy nie przybierają aż tak uczuciowych barw. Dziewczyna promieniuje zdecydowaniem i pewnością siebie, a gdy zrywa w "Happy Without You", robi to tak rasowo i na maksa przekonująco, że jakieś chlipiące divy z Polandu mogą się schować ze swoim "spadaj". Towarzyszą jej pulsujące mid-breaki basowo-perkusyjne w duchu vintage-dance'u mid-90s. W liceum sporo pochłaniałem takich bristolskich zajawek, i podoba mi się jak w miarę tracklisty Annie poszerza pole stylistyczne i sięga do Portisheadowych mrocznych harmonii w odrobinę monotonnym "Always Too Late" (dokładnie akordy z "Mysterons"), do Neptunesowego gorącego karnawału (choć lodowaty syntezator ewokuje miniaturowego Eno, ee?) w "Me Plus One", do nocno-tajemniczych eksperymentów Kylie w "Helpless Fool For Love" czy intrygujących intymnością disco-przebojów z dyskotek w "Anniemal".

W końcowym rozrachunku o punktach decydują wszakże nie eklektyczne smaczki (których tu notabene pełno), a tłoczące się w kolejce hity. W tym aspekcie Anniemal to moje anty-Body Language – płyta, na którą czekałem od Minogue, ale się nie doczekałem, zawierająca upragnione, diabelsko chwytliwe, anielsko kręcące tune'y. Serio, I was once just like you, smoking blunts with my crew, że zadzierałem dumnie nosa na "pop". Młody, głupi, naukowiec. Z bogatego zestawu wystarczy scharakteryzować cztery szczytowe numery wzmiankowane na górze, żeby wyklarować sytuację. W mechanicznym, hipnotyzująco pobudzającym "Chewing Gum" solistka rozmawia pięknie sama ze sobą, rozgrywając oczywiste dno seksualne – "Hey Annie / How is it so / You've always got a new bubble to blow?" kontra "I'm a chewing machine / It makes me smile / And it keeps my teeth clean", wiadomo do czego tu pije, a'it? ("Ej chłopaki, macie może gumkę?", coś śmiesznego mi się przypomniało.) "My Heartbeat", uznany przez wielu ekspertów za utwór roku, zamyka w perfekcyjnej kapsułce konieczne substraty genialnej popowej nucanki na wieeelee dniii: jadąca bezbłędnie w rytm bicia serca progresja zwrotki, ekscytujący olśnieniem chorus i przeplatane linie w tle (plus drobiazgi, jak przeskoczenie loopa bębnów na 1:07 i dokładany co parę taktów hi-hat, oj oj, that's cute!).

"No Easy Love" świetnie nadaje się na te deszczowe, nostalgiczne dni, niczym smutnawy spacer z niespełnioną nadzieją i reminiscencjami ukochanej osoby oraz wbijającymi się w pamięć zdaniami: konfesjonalnym "It is no easy love / The one I'm thinking of / I miss you night and day", później utęsknionym "All I want to do / Is to be with you / Have some fun with you", i później rozbrajającym "I called you up to say that I am sorry / For all the things I said and I have done / You told and relax and not to worry / You said to me that I was the one". I finalnie "Greatest Hit", SP sprzed pięciu lat, gdzie Erot zapętlił sample ze zwrotki closera słynnego self-titled Madonny, wymiatającego "Everybody". Annie wielokrotnie nawiązuje lub wręcz cytuje starszą "koleżankę" w czasie trwania płyty (chociażby wyrażeniem "darkness seems so far", skradzionym przecież z "Lucky Star"), ale w "Greatest Hit" pokonuje ją jej własną bronią. Piorunujący patent polega na zbudowaniu na bazie rzeczonego backgroundu (z poetycką deklamacją odsyłającą tak do monologów Material Girl, jak i nas Polaków do "Lucioli" hehe) melodii, wyrastającej z *refrenu*, a nie zwrotki "Everybody". Pomijając fakt, że napisana melodia lśni jak diament, a detaliczne tekstury zachwycają kolorystyką, Annie uzupełnia to lirykami wywołującymi rozkoszne drgawki ("Can I hold you, make you feel alright? / Really want to stay here all the night") i performansem śpiewnym znienacka wynoszącym cacko w rejony mistyczne. How? Oh, yeah, Annie, you're so damn COOL.


*Ok, spoko, to była moja teoria, zanim nie zobaczyłem pozy Annie na liście płyt roku Stylusa i odpadłem trochę. Anyway, "akcja-reakcja".

Borys Dejnarowicz    
29 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie