RECENZJE

Animal Collective
Here Comes The Indian

2003, Paw Tracks 6.6

Animal Collective wyrabia sobie renomę w podziemnym światku już od dobrych kilku lat. Ich kolejne wydawnictwa przyjmowane są ze zdziwieniem i uznaniem dla nieklasyfikowalnej mozaiki brzmieniowej, którą raczej trudno zbyć prostym określeniem "eklektyczna". Bliżej tu jednorodnego melanżu tradycji psychodeliczno-improwizatorskich z silną domieszką indywidualnego stylu, zasadzającego się w odnalezionej pierwotnej mocy przyrody, zupełnie jakby tych czterech zwierzaczków autentycznie znalazło jakąś nić porozumienia z biosferą.

Najsilniejszym punktem Here Comes The Indian jest fragment początkowy – wściekle psychodeliczny, a zarazem niewiarygodnie przystępny. Proste melodie poddane są błyskawicznym, zaskakującym transformacjom, napędzanym furią bębniącego Misia Pandy i efekciarskim rozpędzeniem gitarowym lidera formacji Avey Tare'a. Brzmi to co najmniej ekscentrycznie! I jakby na złość, podwójna niespodzianka przychodzi wraz z klaszczącym zakończeniem "Hey Light", budzącym skojarzenie z wydawanym równolegle "We Suck Young Blood" Radiohead, z tym że w tym przypadku atmosfera nie przypomina marszu pogrzebowego, a odprawianie tajemniczego obrzędu. Kluczowy w tym majstersztyku wydaje się występ Geologista, obdarzonego niezwykłym skrzecząco-indyczym głosem, zatopionym w miksie i jednocześnie naturalnie wybijającym się ze spirytualistycznej osnowy. Bardzo to ciekawie wypada. Nie mówiąc o tym, że w ogóle ekscytują mnie proste piosnki wpisane w środek form eksperymentalnych, a sekwencję "Native Belle/Hey Light", obok większej części tegorocznego fenomenalnego Ether Teeth Foga, z powodzeniem można do powyższej grupy zaliczyć.

W porównaniu z tym co dzieje się w dalszej części Here Comes The Indian, początek albumu zakrawa o bezczelny popik. "Instant Dressing Table" i "Panic" wykorzystują odgłosy wydawane przez najróżniejszych reprezentantów trzody chlewnej, agonię krztuszącego się jaka tybetańskiego, loopowane ruchy grdyki zająca, oddech śledzia i zawodzenie chiromanty z plemienia Totonaków przetworzone w dziwaczny kolaż, kojarzący się z tajemniczym obrazkiem gęstych oparów unoszących się znad magicznego torfowiska w środku puszczy. Zaczarowany świst fujarki dodatkowo uprawomocnia tezę głoszącą jakoby Animal Collective potrafili wydobyć głos ze wszystkiego co im przyjdzie do głowy, czy będzie to rurka wykręcona z gałęzi wierzby, czy kilka źdźbeł trawy. Nie mam pojęcia w jaki sposób udaje im się oddać rechoczącą, wewnętrzną rzeczywistość bagna, ile za udział wzięły cykady i świerszcze oraz co mi tam do cholery dźwięczy w uszach. Podczas gdy "Two Sails On A Sound" utrzymuje jeszcze tradycyjną dramaturgię na szkielecie fortepianowym, spazmatyczna dynamika "Too Soon", narkotycznej plamy rozprowadzonej do percepcyjnych granic rozcieńczenia, stanowi dla mnie zagadkę i wyzwanie.

Najbardziej zaskakująca okazuje się lektura końcówki "Two Sails" gładko przechodzącej w "Slippi" – jakimś cudem odnaleziony został punkt styczny pomiędzy gęstymi chorałami disneyowskich krasnoludków i nawarstwionymi wyładowaniami Yerself Is Steam. Fantastycznie usłyszeć tak żywiołową i entuzjastyczną jazdę po przyciężkawych manipulacjach formalnych. A jeśli po wysłuchaniu Here Comes The Indian zapałacie nagłą miłością do zwierząt polecam inicjatywę ratowania ptaków funkcjonujących na terenie położonym u wybrzeży Korei Południowej – save the Saemangeum.

Michał Zagroba    
1 listopada 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie