RECENZJE

Animal Collective
Feels

2005, Fat Cat 6.3

Po raz pierwszy usłyszałem Spirit They're Gone pewnego średnio pogodnego, letniego poranka – siedziałem na dworcu kolejowym w Kielcach (razem z silną reprezentacją ekipy, której teksty możecie tu poczytać) i czekałem na pociąg powrotny do Warszawy po tygodniowym wypadzie na łono natury. Nie byłem wówczas w rewelacyjnej kondycji psychicznej i stąd być może trudności w stosownym nastrojeniu się do tej piekielnie trudnej, wymagającej skupienia lektury. Inna rzecz, iż hala sama w sobie generowała spory harmider i mimo ostro podgłośnionego volume w discmanie zawartość CD mieszała mi się ze śmiechem, krzykiem, rozmowami i zapowiedziami pani beznamiętnie czytającej rozkład kursów. Zapamiętałem, że w openerze powiało mi Fenneszem, ale gość o timbre Jonathana Donahue śpiewał sobie normalnie do trzaskającego, elektronicznego podkładu. W drugim zaś utworze ten sam facet wydzierał się raz na kilka sekund jak kompletny dzikus, lecz fleciki na tle akustycznej gitary wciąż kojarzyły się z Mercury Rev. Potem Zagroba zgubił tę płytę – zniknęła w okolicznościach równie niewiarygodnych, jak Sung Tongs (zbieg wydarzeń?), moje Virthulegu Forsetar, co trzeci dysk wysyłany Mateuszowi Jędrasowi czy pewne dwadzieścia złotych w zeszłą niedzielę. A gdy po niemal roku posłuchałem sobie Spirit ponownie, stał się jednym z najbardziej nawiedzonych, "uduchowionych" albumów jakie poznałem w życiu: można było namacalnie wyczuć te duchy, zjawy i stwory o których nucił Avey. Reszta jest historią.

Wraz z premierą nowego longplaya Animal Collective media trąbią o ewolucji zespołu od avant-noise-folkowych struktur Sung Tongs do bardziej rockowo zorientowanego brzmienia i na dowód tezy przytaczają regularne bębny pojawiające się już od początku tracklisty. Ich błąd w rozumowaniu bierze się pewnie z niewiedzy, bo dla formacji zwrot ten oznacza nic innego jak zatoczenie koła i powrót do soundu Spirit. Na debiucie Panda, obsługujący (jak widniało we wkładce) "perfect percussion", napierdalał w swój zestaw z taką pasją i nadludzkim wyczuciem, że można było istotnie uwierzyć w "kolektywny" charakter dzieła: mimo, że Avey odpowiadał za wszystko pozostałe (kompozycje, teksty, śpiew, reszta instrumentów!), to piosenki miały w sobie aspekt jamów, niczym efekt burzy mózgów dwóch indywidualności w czasie rzeczywistym. Dziś sugestie o "aktywniejszym udziale perkusji w aranżacjach" na Feels są, przyznam szczerze, śmieszne – to standardowe cykanie w "Did You See The Words" lub "Turn Into Something" jest ledwie cieniem potęgi ujawnionej przez Beara w przeszłości. Suma suRaMum jednak, z powodu takiego zabiegu artystycznego jestem zmuszony nazwać Feels rzeczą stylistycznie najbliższą psych-popowi Spirit. I uprzedzę od razu: wy się cieszycie, a ja wam na to, że to właśnie jest jego główną wadą.

Dlaczego? Cóż. Animal Collective są nieprzewidywalną kapelką. Spójrzmy, że w przeszłości dostarczali rzeczy tak posranych jak niestrawne dla mnie Here Comes The Indian albo Danse Manatee, a obok w ich katalogu widnieją majstersztyki psychodelicznych eksploracji Spirit i Tongs. Lecz jednego tej drodze nie można było odmówić: każda kolejna pozycja w dyskografii wynikała z pomysłu i artystycznej potrzeby niezależnej od tego, że nikt poza garstką oddanych fanów na nią nie czekał; Feels jest pierwszą, na którą pomysłu muzycy nie mieli, ale wydali ją wobec oczekiwań wielkiego grona "nowych" sympatyków jacy przybyli im na wysokości Sung Tongs. W związku z powyższym Feels wpisuje się ładnie w tak zwany syndrom "2005" – artyści z kręgu niezal mnożą swoje dokonania w zawrotnym tempie, gdyż od dwóch, trzech lat dzięki (głównie) internetowi panuje moda / koniunktura na sztukę niezależną. Niefortunnie, nie mają oni akurat teraz wiele do powiedzenia, lecz wsparcie prasy i serwisów zapewnia szeroką promocję i machina się kręci. Z jakiegoś powodu ludziom wystarcza świadomość premiery nowej płyty ich ulubionego wykonawcy i nie zastanawiają się, czy ta nowa płyta z nimi rzeczywiście zostanie na lata, jak poprzednie. Może tego nie potrzebują? Ja tak.

Naturalnie, mówimy tu o Animal Collective, grupie ambitnych wizjonerów zdolnych odsadzić całą konkurencję free/freak/folk/avant/psych/pop-whatever przy silnym natężeniu weny, więc ich standardowy, zwyczajny jak na możliwości krążek jest wciąż bardzo dobry i ma fajne chwile, choć niewiele z nich wynika. "Grass" jest najlepszym fragmentem Feels, chwalonym powszechnie przez wszystkich zapoznanych z płytą, aczkolwiek dla moich uszu, przy całym uwielbieniu dla zwariowanego, gęstego rozplanowania elementów w obrębie numeru, mamy tu do czynienia co najwyżej z odrzutem ze Spirit. Ekspresyjna orkiestracja, wokalne ekstrawagancje i (akurat tu absolutnie tak!) solidne hałasowanie pałkera robią wrażenie, ale "Grass" nie ma w sobie czegoś magicznego, co przyciągnie mnie do niego za kwartał. Podobną analogię można wyciągnąć w przypadku długich i wolnych medytacji "Bees" (wstęp przypomina popisy Methenego na 42-strunowej gitarze Pikasso w "Into The Day" z fantastycznego Imaginary Day), "Loch Raven" bądź "Banshee Beat" – zawierają typowe cechy ambientowego live collage charakterystycznego dla Animali, ale przyznajmy uczciwie: czy zarażają głębią właściwą przeplecionym arpeggiom "The Softest Voice"? Nie. I tak dalej.

Żeby unaocznić postępującą indolencję na przestrzeni równego przedziału 10 lat: w 1995 roku wspomniana tu w pierwszym akapicie załoga nagrała obezwładniające bogactwem palety kolorów i wachlarzem pięknych melodii See You On The Other Side. Dziś rano w samochodzie doprowadziłem do bezpośredniej konfrontacji tegoż z Feels. Wynik? See You nadal sugestywnie porusza wyobraźnię grą impresjonistycznych, zakręconych dźwięków na zasadzie paradoksu: w jaki sposób coś tak eksperymentującego i niecodziennego może być tak łagodnie i słodko przyswajalne? Ha. I nikt nie traktował wtedy słuchania tego zespołu jako broni w walce o swój "style". Animal Collective są (zasłużenie) cool i nagrali album (a parę miesięcy temu też EP-kę kolaboracyjną – słówko szepnę w najbliższym brudnopisie chyba) który jest cool, ale cool ma to do siebie, że przemija; szczerze ponadczasowa muzyka trwa. Puenta? Coraz ciężej znaleźć na mieście jakąś nową płytę która zapisze się w annałach; fajna okładka kochanie.

Borys Dejnarowicz    
17 października 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja