RECENZJE

Animal Collective
Painting With

2016, Domino 6.4

Przyznajcie, kto czekał ze zniecierpliwieniem na nowy album Animal Collective? Kto z zapartym tchem śledził wrzucane co jakiś czas single zapowiadające nowe wydawnictwo AnCo? No właśnie, ale spokojnie — ja też nie. Jest to właściwie trochę krzywdzące, bo w przypadku tego zespołu sprawa ma się podobnie jak kiedyś z Sonic Youth. Ci goście, nawet gdyby mocno się starali, to nie zejdą poniżej pewnego poziomu. Serio, od bandu, który ma w swoim dorobku takie rzeczy nie można spodziewać się większych wpadek. Nawet gdyby następnym razem ogłosili, że wydają koncept album o polskim modern hejcie, trzeba by było to sprawdzić. Tak więc, nie zapominajmy o Animal Collective!

Krótki research przed premierowym odsłuchem dawał nadzieję — w końcu w tym składzie (Panda, Avey i Geologist) chłopaki nagrywały Merriweather Post Pavilion, a wiadomo jaki poziom prezentowała ta płyta. Potem jednak przypomniałem sobie, że również z nieobecnym Deakinem powstawał nieszczęsny Danse Manatee czyli, chyba nie tylko moim zdaniem, jedyna ewidentna pomyłka w zróżnicowanym zestawie długograjów zespołu. Naturalnie nasuwa się tu pytanie, gdzie na tak naszkicowanej osi umieścić Painting With.

Pierwszy "rzut ucha" pozostawia w pamięci przede wszystkim charakterystyczne dla zespołu refreny, w których Lennox i Portner, na zmianę ze swoimi klasycznymi już, pierwotnie brzmiącymi okrzykami, serwują nam świetne melodie, oparte na niezawodnych w przypadku tego duetu harmoniach. Najpierw otrzymujemy "Vertical" — tu w drodze do chillującego chorusu przebywamy równie ciekawą podróż na tle prymitywnego bicia i zniekształconych, podwodnych synthów. W "Bagels In Kiev" wchodzimy i schodzimy po skali przy jednej z ciekawszych, bezsłownych przyśpiewek zespołu. Pod koniec albumu mamy jeszcze "Golden Gal", w którym oprócz kolejnego mocno bujającego refrenu Animale programują coś na kształt dźwięków dżungli, słyszalnych gdzieś w tle. "The Burglars" mocno podkręca tempo, a chłopaki zdają egzamin z nienagannej dykcji. Przy "On Delay" zdajemy sobie w końcu sprawę, o co chodziło MGMT na ostatnim albumie. Brzmi to jak kawałek, o którego nagraniu młodsi Amerykanie marzą od początku kariery.

Nieodgadniony pozostaje dla mnie udział dwóch gości specjalnych na tym LP. Nie spodziewałem się oczywiście jakiegoś drugiego Lulu, ale będę pod wrażeniem, jeśli ktoś jest w stanie wskazać jakiekolwiek słyszalne przejawy obecności Johna Cale'a w studiu podczas nagrań. Colin Steston to też sprawdzona marka, więc aż chciałoby się usłyszeć w jakich kierunkach pociągnęliby te kawałki zaproszeni goście, gdyby tylko Animale dali im na to więcej możliwości.

Okazuje się więc, że w tym momencie ciężko będzie jeszcze zawyrokować czy pod nieobecność Joshua'y Dibba jego koledzy piszą same wysokiej klasy popowe hymny, czy jednak częściej nieudanie eksperymentują. Najnowsza płyta mieści się gdzieś pośrodku względem wyżej wspomnianych punktów odniesienia. "It's best this mess is part of the plan" słyszymy na "Natural Selection". Ja jednak nie czuję na tym albumie jakiegoś wielkiego muzycznego bałaganu, ani tym bardziej genialnego planu prowadzącego te piosenki w jakimś konkretnym kierunku. Tak, jak zapowiadał pierwszy singiel "Floridada" nie ma tu wielkich zaskoczeń i zwrotów, jest dobra, czterdziestominutowa zabawa, z paroma highlightami i to właściwie w przypadku tego zespołu w zupełności wystarcza, żebyśmy mogli mówić o naprawdę udanym materiale.

Potwierdza się zatem teza, że po nowe rzeczy z repertuaru AC sięgać należy, bez względu na rok, panujące akurat mody czy ilość zrozumiałych jedynie dla Kanye tweetów Kanye na minutę (btw. mam nadzieję, że moda na dowcipy z Kanye jeszcze nie przeminęła). I chociaż ostatnimi czasy bardziej przekonują mnie solowe dokonania poszczególnych członków zespołu, nie wykluczałbym możliwości, że panowie w przyszłości nie będą jedynie co jakiś czas spotykać się i nagrywać przyzwoite płyty, a wystrzelą jeszcze kiedyś z jakimś popisowym materiałem.

Stanisław Kuczok    
14 marca 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja