RECENZJE

Anderson .Paak
Malibu

2016, Steel Wool / OBE / Art Club / EMPIRE 7.2

Na starcie wikipedio-faktologiczny przymus dla tych co nie wiedzą (było wszędzie) – Anderson .Paak dokonał przemiany z niszowego nołnejma w aktualnie brylującego tuza za pomocą Compton, płyty która była niezłą perełką stworzoną pod batutą Dr. Dre. Ponownie o Paaku zrobiło się głośno ponad pół roku temu, gdy doskonałe Malibu z przytupem wbijało się na salony, zgarniając żniwo ogólnego zachwytu. Anderson z widoczną ambicją szybko pnie się do pierwszej ligi, a i kiełkująca gdzieś na horyzoncie współpraca z Flying Lotusem prognozuje, że w przyszłości pewnie nie raz o nim napiszemy w superlatywach. Wiem, jesteśmy w redakcji mocno spóźnieni (gościa na radarze mieliśmy od czasu premiery, po prostu nie było czasu skreślić kilku słów – wybaczcie), ale z obowiązku, przyjemności i uczciwości do pominiętych niezłych płyt musimy powracać, ignorując jednocześnie niemiły posmak obsuwy. Czas-start.

Numer jeden na trackliście, czyli wprowadzenie w postaci "Birda", kupuje słuchacza dobitnym groovem, który wraz z dęciakami buduje soulową retro-atmosferę szarych prochowców, kobiet fatalnych i Humphreya Bogarta przemierzającego industrialne Detroit*. Chociaż przez westcoastowe korzenie Paaka Chinatown wydaje się bardziej odpowiednią filmową metaforą. Ciągnący się ptasi wehikuł czasu przywołujący złote czasy Motown (kamień Hadżar ciemnej strony muzyki), osiąga szczyty przy szantażujących tęsknotą klawiszach zespolonych z sentymentalnymi wynurzeniami o stratach. Bijące ciepło i organiczność konstrukcji łamie nogi, a otaczająca duszna dźwiękowa opoka coraz głębiej wtapia w fotel słuchacza ubranego w atłasowy szlafrok z podwójnym White Russianem (przewrotnie) w jednej ręce, z kubańskim cygarem w drugiej. Dobra, tak na serio to wiem, że Tatry z Biedry, Viceroye i wytarty dres; tworzy to ładny kontrast z oszałamiającym zapachem piżma wydobywającego się z głośników i ze strukturą przynoszącą na myśl harmonijne dzieła Fidiasza.

O ile na tle reszty płyty, intro od strony formalnej zostaję skonstruowane w klasyczny sposób, przywołując ostry klimat czasów Martina Kinga, to kolejne piosenki, korzystające z szerokiego spektrum historycznych klisz, zostają wzbogacone o współczesne rozwiązania technologiczne i rapowe nawijki, tworząc z Malibu wielką syntezę przeszłości z przyszłością – wierny i kompleksowy hołd, przejawiający się w cyberpunkowej mieszaninie, rażącego wszechobecnymi neonami, futurystycznego Neo-Motown z Robo-Marvinem-Gayem na majku, czy Stevie Wonderem korzystającym z futurystycznych wszczepów w tle. Ok, metafora trochę przesadnie odleciała w niepokojące rejony, w szczególności jeśli weźmiemy pod uwagę, że przez większość czasu na albumie, na pierwszej linii frontu dominuje żywe instrumentarium. Zrozumcie ten chaos, jeśli na przestrzeni całego albumu dzieje się tak wybitnie dużo, że wyklarowanie, spisanie i ogarnięcie wszystkiego posiada porównywalną jasność do pierwszego zdania tego akapitu, to proszę o wybaczenie.

Eklektyzm – słowo klucz. Z soulujących fragmentów Anderson harmonijnie przechodzi w taneczny tryb seksualnej czekolady, aby w przeciągu kilku minut przebrnąć przez całą paletę brzmieniowych rewolt. Raz z niezłym feelingiem czułego kochanka poda ci kilka wersów, później bez spięć zanurzy się w bardziej zbrutalizowane rapsowe momenty. Sunie to wszystko niezwykle płynnie i naturalnie, z czuciem i z jakościowym zachwytem. Pomimo długotrwałego (około 61 minut materiału), ryzykownego balansowania oraz skakania po gatunkach, Paak nawet przez sekundę nie traci stylistycznej jedności, z równą gracją radząc sobie na wszystkich muzycznych frontach. Jedni mówią, że nowy album to Kendrick-reaktywacja, inni kreślą zbieżność z niedawnym powrotem D'Angelo, ja tutaj widzę płytę będącą w topie bieżącego roku.

Jako, że i tak większość tekstu budowana jest na rasistowskich nawiązaniach i stereotypach, pozwolę sobie sparafrazować recenzencki diament M. Jeżowskiej z TVN Style o Jamesie Brownie – Anderson to taka małpa, która zeszła z drzewa, aby sprawiać przyjemność kobietom. Ladies and Gentelmen, witamy w Neo-Motown, "Get a drink"(wiecie jaki), "have a good time now, welcome to paradise!".

*Bogart w Detroit znalazł się w 1937 r. na czas kręcenia Czarnego Legionu. Zmierzch kina Noir to połowa lat 50. Motown startuje w roku 59, James Brown (ur. w 1933) nie ma z nim wiele wspólnego skutecznie grając na własnym wydawniczym poletku. 1937 rok to katastrofa Hindenburga. Martin Luther King Jr. zostaje zamordowany w 1968. Rum Malibu to 1893, Biały Rusek debiutuje w 1949, jego kultowa nazwa przyjmuje się w roku 1965 – w przeciwieństwie do talentu Andersona, nijak się to wszystko tutaj łączy :<.

Michał Kołaczyk    
6 września 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja