RECENZJE

And You Will Know Us by the Trail of Dead
Tao Of The Dead

2011, Richter Scale 5.7

WK: Nie śledząc ostatnio uważnie Tropu Nieboszczyka (może oprócz tego pozostawionego przez buty od Shane Meadowsa), jestem zaskoczony. Rozsiewano pogłoski o tym, że zespół otagowany przez pryzmat tagów trzeba przetagować, ale mogę porównać sytuację z pierwszym razem z "Sex On Fire" tych dawniej flegmatycznych hipisów kojarzonych z "Molly's Chamber". I właściwie, jak dawno nie słyszałem podobnego pomysłu na muzykę. Gdyby to byli brytole, graliby jak Hope Of The States albo Cooper Temple Clause, to chyba coś, co się nazywa "alternative art rock". Tutaj jakiś późny Weezer pochlapany zostaje akwarelą fałszywych eksperymentów, autoplagiatura rozwija się w stadionowe refreny, by poprzez "nowe brzmienia" wbić w klimaty raz Yes, raz Foo Fighters. Całość w odsłuchu równie bezproblemowa jak dźwięki popularnego rock-radia, gdy jedziesz gdzieś wczesnym rankiem. Nie jest to całkiem zła muzyka, tylko często w złym guście. I o co chodzi z tym posterem Księcia Kaspiana zamiast okładki? Jakiś kod?

PM: No fajnie, że prog-rock, a niektóre motywy na płycie faktycznie bronią się mocnym, przemyślanym songwritingiem. Obiło mi się jednak o uszy, że każdemu recenzentowi Porcys wolno *raz* w dwa tysiące jedenastym przywołać pojęcie "ekspresji" jako argumentacji dla opinii, czy to pochlebnej, czy wręcz przeciwnie. Zagram kartę właśnie teraz, bo ze względu na rozdmuchaną do granic nieprzyzwoitości, mainstream-circa-P.O.D. ekspresję wyzierająca z tego albumu nie potrafię z czystym sumieniem nazwać Tao Of The Dead "solidnym chlebem razowym". Pamiętamy, że "music's not just sound", ale czasami wydaje mi się też, że "music's not just music".

BD: A jednak nie! Aż 9 lat czekałem na to, żeby zespół nagrał coś chociaż odrobinę korespondującego z treściową (a nie tylko aranżacyjną) intensywnością Tags. Udało się wreszcie, gdy grupa wykonała odważny, z dawna szykowany skręt w prog. Keely przyznał uczciwie, że dorastał przy Yes, Floydach i Rush. Koniec z umizgiwaniem się do targetu hardcore/indie. Na finał dostajemy szesnastominutowego (!) potwora. Ale jak to zapierdziela! Znikających i powracających motywów i motywików i motywiczków i motywisiów i motywiniów jest od metra, a wśród nich prawie nie trafiają się wypełniacze. Okładka równie szpetna jak analogiczne projekty z lat 70-tych! A nawet ma w sobie coś z Dangerous Jacko. Warto było śledzić tych świrów. Epicki szit wielokrotnego użytku.

ŁK: Rozumiem, że nowy album Trail Of Dead dla wielu fanów i recenzentów jest z miejsca przegrany. Zespół spędził już niemal dekadę w cieniu pomnikowego Source Tags & Codes, nagrywając coraz słabsze płyty, na których nadymali aranże nieciekawych piosenek. Pozostaje oczywiście kwestia okładki wziętej od Pendragon i konceptu o... czymśtam. Zrozumiałe, że można się z tego wszystkiego nabijać i nie słuchać nawet Tao Of The Dead. Które jest najlepszym, najrówniejszym i w ogóle pierwszym od 2002 serio godnym uwagi albumem teksańczyków. Artwork okazuje się śmiesznie trafny - to jest najbardziej progowa płyta tych znanych fanów prog rocka i równie przeładowana treścią jak ohydztwo, które ją zdobi. Trail Of Dead pierwszy raz od lat brzmią jakby im się chciało, rzucają się na te absurdalnie epickie kawałki jak wygłodniali młodzieńcy. Tao przypomina mi o Crack The Skye Mastodon - na obydwu albumach wykonawcy zatracają się w progresywnych fascynacjach zapominając o swoim dotychczasowym idiomie, na obydwu kompletnie olałem śmieszne teksty i koncepty. Moje ulubione "Weight Of The Sun (Or The Post-Modern Prometheus)" (tak, czytając tytuły też należy się śmiać) ze swoim wznoszącym się do stratosfery i przygniatającym do ziemii refrenem, mogłoby się znaleźć na tamtej płycie Mastodon. Powrót do formy i do treści.

Łukasz Konatowicz     Wawrzyn Kowalski     Patryk Mrozek     Borys Dejnarowicz    
18 lutego 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie