RECENZJE

Amnesia Scanner
Another Life

2018, PAN 6.6

Przyznam szczerze, że projekt Amnesia Scanner jeszcze ani razu nie skradł mego serca. Skromny, lecz wyjątkowo plastyczny dorobek fińskiego duetu, kojarzy mi się przede wszystkim z niewykorzystanym potencjałem. Futurystyczna degrengolada s/t, czy mixtape'u AS Truth cierpi na syndrom dobrego pierwszego wrażenia, za każdym razem sprawiając zawód podczas kolejnych prób powrotu. Nieprecyzyjna, rozkojarzona twórczość równie znacząco wpłynęła na sceptycyzm niżej podpisanego co do ewentualnej jakości ich pierwszego pełnoprawnego albumu.

Na szczęście, tym razem intuicja mnie zawiodła. Another Life można z całą pewnością nazwać najdojrzalszym dziełem Berlińczyków. Po formalnym bałaganiarstwie nie ma już śladu, a półamatorski, garażowy romantyzm ustąpił miejsca produkcyjnej fachowości. "Debiut" nakłada sztywne ramy na szaleństwo idei sprzed lat, czyniąc materiał zaskakująco przystępnym.

Paradoksalnie, uporządkowanie barbarzyństwa poprzednich wydawnictw nie tylko nie osłabia cronenbergowsko-ballardowskiej wiadomości, lecz wręcz ją intensyfikuje. Dystopijna wizja społeczeństwa zdefiniowanego przez cyberfetyszyzm nie istnieje już tylko w formie nieuporządkowanych, post-industrialnych impresji. Idea transhumanistycznego koszmaru jest tu przekazywana w nieco inny, bardziej niepokojący sposób. Dyskomfort wywołuje specyficzna struktura utworów, przypominająca groteskową karykaturę popu. Ozdobione humanoidalnymi wokalami przerysowane melodie znajdują grozę w obsesyjnych próbach uczłowieczania sztucznej inteligencji. Celowo szkaradne zwrotki oraz refreny portretują współczesne monstrum Frankensteina, niezdarnie parodiujące nasz gatunek. Klarowne kompozycje pozwalają na dokładniejszą obserwację oraz zrozumienie upiornego zjawiska.

EPkowo-mikstejpowe przygody manifestowały męczarnie spowodowane niemożnością kompletnego określenia kreatywnych intencji. Tymczasem Another Life imponuje integralnością myśli przewodniej, realizowanej przez gości, którzy dojrzeli do podejmowania konkretnych decyzji. Po kilku latach mozolnych przymiarek, w końcu rozpisują zrozumiałą tezę urzeczywistniającą nieprzejrzystą abstrakcję. Najświeższe wydawnictwo tych dwóch dżentelmenów personifikuje cywilizacyjne strachy i powołuje do życia potwora z szafy, przenikającego niezauważenie ze świata wyobraźni do rzeczywistości. Znalezienie odpowiedniej leksyki pomagającej pojąć jego naturę doprowadza do iście lovecraftowskiej, paraliżującej od stóp do głów rewelacji.

AS proponują meta-analizę zestawu ulubionych rekwizytów, poddającą dogłębnej wiwisekcji niezgłębioną otchłań cyberpunkowej dewiacji. Każda sekunda albumu jest wariacją na temat poprzedniej, tworząc niekończący się łańcuch autotematycznej perwersji. Sekwencja przypisów do przypisów i adnotacji do adnotacji spektakularnie świętuje zjadanie własnego ogona. Kult implozji ilustruje destrukcyjne tendencje kultury nowego millenium. Zerwanie bezpiecznej maski enigmatyczności pozwala na zaciągnięcie się toksynami patogenicznego technoturpizmu. Tak brzmi muzyka pop w czasach, gdy Wideodrom i VR to właściwie synonimy.

Łukasz Krajnik    
29 października 2018
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi