RECENZJE

American Football
American Football

1999/2014, Polyvinyl 7.8

Cóż to ja robiłem w 1999 roku, niechże sobie przypomnę... Pomyślmy, to była bodajże pierwsza klasa liceum, czyli jakaś piłeczka musiała być grana. A konkretnie Mistrzostwa Południowej Warszawy – szkoda tylko, że zawsze odpadaliśmy w eliminacjach. Na Vivie i MTV królowali: Everlast, JLO, New Radicals, Ricky Martin, czy dawno już zapomniany zespolik Sixpence None the Richer, a także klasyki: ''Genie in a Bottle'' i ''...Baby One More Time''. W domowym zaciszu słuchało się natomiast: hitów Aerosmith, ballad Guns 'n' Roses, a z całych płyt Californication, Natalie Imbruglii (plakat na ścianie również był), oraz "Składanki inspirowanej serialem X-Flies" (btw. dobre rzeczy tam były). Trochę nie ogarniam faktu, że było to 15 lat temu, kiedy "żyło się lepiej", działało beztrosko, a codzienne zmartwienia nie dotykały problemów typu kredyt mieszkaniowy, czy bezwzględne prawa rządzące globalnym rynkiem pracy. Dla "niezala" był to rok całkiem owocny, weźmy takie Emergency & I, Keep It Like a Secret, 69 Love Songs, czy I See a Darkness. Wszystko dobrze znamy i cenimy.

Piętnaście lat temu wyszedł także debiut American Football, album już zdecydowanie mniej rozpoznawalny, a szkoda, bo w mojej opinii to jeden z najprzystępniej (bez wyciskania z nas łez i wpędzania w depresję) oddających stan ducha policealnego (dla niektórych pouniwersyteckiego) zagubienia, lęku przed wchodzeniem w dorosłość, czy bolesnego rozstania z młodzieńczą miłością. Wiadomo, powstało wiele płyt próbujących oddać ten stan (Secaucus anyone?). Dlaczego zatem dzieło wszędobylskiego Mike'a Kinselli (Cap'n Jazz, Joan of Arc, Owen, Owls, The One Up Downstairs) jest mi tak bliskie? Pewnie dlatego, że można go słuchać, że tak powiem "anytime / anywhere" – bez potrzeby zbytniego koncentrowania się, zakładania wypasionych słuchawek (chociaż można), czy tym bardziej pożyczania czterech boomboxow od znajomych i wygaszania wszystkich świateł w domu (zapalania świeczek?). Teksty są tu zarówno urocze ("Summer Ends"), jak i błyskotliwe ("I'll see you when we're both not so emotional"), ale nigdy nie odebrałem ich jako pesymistycznych, zawsze mają w sobie promyk nadziei.

Zaczyna się od "Never Meant" – ten mocarny opener brzmi niczym powiew orzeźwiającej bryzy w wyjątkowo parny dzień (mam szczęście mieszkać nad jeziorem także od czasu do czasu doświadczam) – niezal-klasyk na lekkości, wymiatający jak siemasz, bez krztyny spinki. To przejście na wysokości 2:14 – hello, czy nie na tym właśnie polega dobra kompozycja? – RASOWOŚĆ tego wejścia przecież. Prawdziwie imponujący początek, potem zdania są podzielone, jedni twierdzą, że całość z lekka ginie w oparach gitarowych tekstur, inni – że wcale nie, wszystko jest na swoim miejscu i dalej rządzi po całości. Dla mnie to album zbyt osobisty i jak pisałem do słuchania kiedykolwiek i gdziekolwiek, traktuję go bardziej jak przyjaciela, także obiektywny nie będę.

Następnie mamy "Summer Ends" – zakochaliście się kiedyś ze wzajemnością, lecz po pewnym czasie zaczęło do was docierać, że to jednak nie to i nie bardzo wiedzieliście co począć? Kinsella i reszta stawiają sobie za cel ugryźć tę trudną kwestię dosłownie i prostolinijnie. Klimat budują nam tu nie tylko już tradycyjnie przenikające się delikatnie gitarki, ale i pojawiająca się zniencacka, niezwykle wzbogacająca całość trąbka, plus stukający w tle leciutki werbel (w ogóle proponuję posłuchać sobie kiedyś przez cały album samych partii perkusji, genialne), a wszystko subtelnie wycisza się na wokal:

"I'm thinking about leaving / and how I should say goodbye

With a handshake, or an embrace / or a kiss on the cheek, or possibly all three

Well maybe I've been wrong / maybe my intentions are irrelevant

But honestly / it's not just for me

We've both been so unhappy / so let's just see what happens / when the summer ends."

Mhm, właśnie ten stan, że z grubsza wiesz już, że nic z tego nie będzie, ale z jednej strony głupio ci być tym który skrewił, a z drugiej jakaś cząstka uczucia pozostała i siedzisz pogrążony w myślach, kontemplując w rozdarciu, co by tu zrobić. Zarówno w warstwie tekstowej jak i muzycznej udaje się to poczucie oddać "exactamundo".

Żeby nie było – zaznaczam jeszcze raz, te kawałki nie są jedynie uroczymi emo-wyznaniami, to misternie skonstruowane plecionki, sklecone z doskonale uzupełniających się elementów: skrupulatnie konstruowanych melodyjek, kluczowych partii trąbki, gdzieś w tle wtrąconych frapujących akordów oraz chórków, niespodziewanych flażoletów, a także innych drobnostek, w które fajnie się pozagłębiać. Na przykład takie "But Regrets Are Killing Me", "Honestly", albo "Stay Home" – to są wszystko numery na poziomie, którego wiele zespołów nawet nie powącha.

Jeżeli chodzi o zawarte w tegorocznej wersji Deluxe demówki, to nieco zbijają one ocenę, która słusznie należy się oryginałowi (czyli 8-kowe sprawy). Bo jeżeli ktoś nie jest "hardkorem", to z lekka rozciągłe fragmenty "boomboxowych sesji" w studiu, albo parę wykonań koncertowych potraktuje bardziej jako ciekawostkę i nie będzie do nich więcej wracał. Nie żebym narzekał, bo osobiście chętnie bym się załapał na taki kanciapowy melanż z American Football, ale dla słuchacza niezwiązanego emocjonalnie z zespołem takie rzeczy jak ponadsiedmiominutowe plumkanka na gitarkach w słabej jakości, mogą się wydać dosyć nużące / niepotrzebne. Z drugiej strony trzeba przyznać, że taka wczesna wersja "Stay Home" w lo-fi i nakładające się tam niedostrojone arpeggia wychodzą całkiem fajnie. Generalnie spoko, "coś nowego, świeżego" nam chłopaki po 15-latach zaprezentowali (btw. ktokolwiek tam na tych próbach śpiewał w chórkach fałszuje niemiłosiernie, lol).

 

 

Paweł Greczyn    
10 sierpnia 2014
BIEŻĄCE
Relacja: Tauron Nowa Muzyka 2019
SkeptaIgnorance Is Bliss