RECENZJE
alvv

Alvvays
Alvvays

2014, Polyvinyl 6.9

Część z Was zna cały materiał z Alvvays od roku, gdy wypuszczony został na kasecie. Jeśli znacie ich od wtedy, to jesteście indie-rockowymi szalikowcami. Branża zaczyna produkować się o Alvvays właśnie teraz, gdy podpisało ich kilka labelów i album został po ludzku rozdystrybuowany po kontynentach. Zauważyłem, że jestem wśród znajomych kojarzony z lubieniem nieodkrywczych zespołów gitarowych, więc nie mam najmniejszych zahamowań, by brnąć w to dalej dla tym większej przyjemności. Już na wstępie zaznaczam, że jest to typowy letniak z rejonów Yuck czy Real Estate. Przyjemny zestaw piosenek, który w dobrą pogodę zarzynany jest w odtwarzaczu (nie jestem pewien tego odtwarzacza) z intensywnością godną artystów z mojej-elo-drużyny. Na poziomie rozkminy tymczasem jest zbyt powszedni, by honorować go takim członkostwem. Ale OK, zaczynamy.

GRAMY BABĄ - jest to Molly Rankin, liderka Alvvays, tutaj w nieco innej roli. Rodzina Rankinów zdobyła na rynku kanadyjskiej piosenki pokaźną liczbę nagród. Zresztą bez cienia ironii zachęcam do sprawdzenia twórczości The Rankin Family chodźby na YouTube - sporo odszlamiającego popu o folkowym, celtyckim rodowodzie i perfekcji wykonawczej (po większej dawce można dostać kręciołka). No i ta właśnie Molly Rankin, córka zmarłego tragicznie w wypadku samochodowym Johna Morrisa Rankina, postanowiła wyrwać się z Nowej Szkocji i robić coś młodzieżowego. Robi więc z przyjaciółmi w Toronto muzykę dla suburbii, śpiewa o błahych w kosmicznej perspektywie tematach i dobrze wygląda w białych włosach na stylizowanych na VHS teledyskach. Jest odpowiednia aura.

Co z treściowością? Dwie najlbardziej wyraziste piosenki następują po sobie na początku albumu. "Adult Inversion" popyla najskoczniejszym rytmem na płycie i generanie kumuluje całe jej dobro w sobie. Singiel oczywiście. Później jest "Archie, Marry Me", bardzo najntisowo-pavementowy kawałek z nośnym wejściem refrenu. Refreny z "hey heyyy" zawsze porywają. Też singiel. Im dalej w las tym wcale nie mniej fajnych rzeczy, ALE po prostu zbyt podobnych. Z drugiej strony grania materiału nie ma na tyle dużo, aby nie połknąć go naraz podczas odgrzewania i jedzenia obiadu. Za optymalne uważam trzynumerowe dawki w kolaboracji ze scenkami rodzajowymi dnia powszedniego. Dajesz shuffle w drodze na i z zakupów. Paradoksalnie najbardziej odmienny od reszty "Dives" nie przełamuje atmosfery, wręcz niestety ściąga ocenę troszeńkę w dół. Podobnie "Red Planet" zamykający album. Dwie zbędne ballady na poziomie rozmemłanej wersji Warpaint. "Śpiewa ładnie tak jak jej ciotki" - skomentował ktoś wyżej linkowane nagranie. Trochę (dla niektórych bardzo) jest jednak tak, że słodki, rozciągający się nad całością wokal Molly Rankin narzuca się swoim wystudiowanym znużeniem.

Dość pan! Nie hiperbolizujmy drobnych elementów chrapania. Na poziomie brzmienia pokłady udanych inspiracji są zadowalająco spore. Miksują się tu dream-popowe reverby i janglujące gitary. Krytycy podkreślają twee-popowość Alvvays i myślę, że do takich numerów jak "Next Of Kin" (trzeci singiel) czy "Atop A Cake" swoje teksty mógłby zaśpiewać Stuart Murdoch i z grubsza by się zgadzało. Brzmienie doszlifowali zaproszeni do współpracy Chad VanGaalen, Graham Walsh i znany ze współpracy z Jawbox, Sonic Youth czy Dinosaur Jr. John Agnelo (ostatnio produkował Kurta Vile’a) i to na pewno jest robota na duży plus. Niech tylko Molly z Aleciem O’Hanleyem przysiądą i pokombinują coś kompozycyjnie w przyszłości, a będzie można powiedzieć, że to nie tylko f a j n e melodie, ale coś bliższego tradycji Belle And Sebastian niż przyjemniactwu takiego, nie przymierzając, Yuck.

Michał Hantke    
23 sierpnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie