RECENZJE

Alexandre Varlet
Dragueuse De Fond

2003, Olympic Disk 7.7

Niespodzianka jest tym co nas, "wszystkowiedzących" w muzyce pop, kręci chyba najbardziej. Orientując się w każdej wydawanej nowości a priori wartej uwagi, kontrolując zajawki wszystkich wiarygodnych źródeł krytyki środowisk niezależnych, ogarniając spojrzeniem nowe zjawiska, nurty i sensacje cholernie ciężko spotkać album, po którym człowiek nie obiecuje sobie wiele, a który później okazuje się rządzić jak największy paker w mieście. Saga o trafieniu Dragueuse De Fond w nasze parszywe łapska, dziś już kultowa, obrazuje jak wiele niespodzianek czai się za rogiem i jak nieodzowną praktyką musi być szukanie, drążenie pośród pozornie neutralnych miejsc. Z perspektywy miesięcy wygląda to śmiesznie, ale tę płytę Tomek zwyczajnie kupił w prezencie swojej mamie, rezydując urlopowo w Paryżu. Zagadnął sprzedawcę-znawcę o najlepszą francuską płytę tego roku. Ten wywalił na stolik z siedem, osiem tytułów. Tomek miał kasę na tylko jeden. Wybrał po okładce. Wkrótce fama rozeszła się po klanie, że Varlet ponoć siódemkowe sprawy. Jako czołowy sceptyk ekipy, oponowałem; zirytowany lekkomyślnością kolegi, postulowałem rewizję sądu. Trochę trudno uwierzyć, iż przypadkowo nabyta rzecz z kraju nie cieszącego się renomą dominującej siły w muzyce rozrywkowej sięgałaby wyżyn. Tom upierał się przy swojej wersji. Rozdrażniony przystąpiłem głuchą nocą do weryfikacji.

I doznałem, gdyż nic nie przygotowało mnie na szok. I nie mam pojęcia co się ze mną stało, zaliczyłem między gały francuską płytą. Usłyszałem utwory tak schludnie, aseptycznie opatrzone, że zrazu zlodowaciał mi kark. Tym, co najbardziej tu powala, jest songwriting: precyzyjny, w najdrobniejszych detalach trzymający fason, a jednocześnie drążony naturalnie i logicznie. Natomiast prawdziwym cukiereczkiem Dragueuse jest sposób produkcji. Zastosowanie przestrzennych smyków odsyła do Scotta Walkera. Echująca ściana dźwięku, niezwykle misternie utkana z małych pogłosów i przydźwięków zadziwia kolorystyką. I w tej ślicznej magmie brzmień, gdy wydaje się, że obcujemy ze smooth-rockową propozycją, przebijają się niesamowite hooki Varleta, wykwintne i wyraziste. Okazuje się, że gość operuje niezmierzoną umiejętnością budowy oryginalnego motywu. W pewnym sensie jest "niezal" – jego kompozycje wyrastają z bardów w rodzaju Smoga, z "introwertycznej" metody pisania – ale na tle your-everyday-Daniel-Johnstons Varlet wybija się tą nośnością, tym powietrzem. "Make no mistake, my friend! To nie jest żaden pop z Eurowizji! To nie jest Garou!", rzekłem do siebie. Ten facet jest bossem.

Obdarzony zastanawiająco dojrzałym, mądrym, opanowanym głosem, Varlet eksploruje rejony tradycji francuskiej ballady noir, wzorując się głównie na (chyba swym idolu) Serge Gainsbourgu. Atmosfera przywołuje aurę Gainsbourgowską bez wątpienia. Okładka (w końcu decydujący powód wyboru Dragueuse!) stanowi wręcz hołd: front cover to czarno-białe, stylizowane zdjęcie-namiastka bossowskiej pozy Serge'a, za którym siedzi blond femme fatale (dla niewtajemniczonych: polecam sprawdzić z jakimi laskami sypiał Serge, to opadnie wam szczena; dziś Brad Pitt czy Ben Affleck nie mają takich osiągnięć). Back cover to perwersyjne zdjęcie rozebranej do bielizny panny, przykrywajacej podbrzusze haftowanym emblematem lwa. Aurę nocnych romansów w opuszczonych apartamentach i egzystencjalnej tensji oddano perfekcyjnie. Teksty, wymawiane podręcznikowo klarowną francuszczyzną (najpiękniejszym językiem around) dopełniają nakreślonego wizerunku bezbłędnie.

Ale Alexandre jest jeszcze młody, przez to w jego utworach jest tyle samo świeżości, co zatraty. Opener "Le Q Dans La Coquille" z blado narastającym ambientowym tłem, fingerpickingiem akustyka i szeleszczącą, cykającą perkusją wywołuje efekt bliźniaczy do "The Boy With The Hammer" Marka Eitzela, w kombinacji rozkosznie przyswajalnego smutku i nęcącej nadziei. Varlet jest mistrzem sekwencjonowania tracków: trzyma jakby progresje w ryzach, panując nad nimi, nie pozwalając im zboczyć z toru. I już tu, na wstępie, daje popis nadprzeciętnych zdolności. Przez dwie minuty obcujemy z urokliwą nowo-popową pieśnią, ledwie poszarpaną wietrzną rytmiką. Wtedy następuje załamanie się narracji: motyw dogasa i wkrada się chwila czystego piękna, wyciskająca łzy z największych twardzieli. Zrezygnowanym, jakby nie do końca dowierzającym tonem Olek nuci: "Dis-moi / Ton bonheur ne te suffit-il pas". To trwa zaledwie dwadzieścia sekund, ale błyszczy jako jeden z intensywniejszych continuuów wyczarowanych od lat, co przy natychmiastowym urwaniu pozostawia smak geniuszu.

Koncepcja nieskrępowanych, linearnych przebiegów dominuje nad typowym schematem piosenkowym i to, obok przerażającego talentu pisarskiego, wynosi album na poważne rejony. Varlet jest architektem, dobudowującym kolejne piętra według wyczucia, ignorując stuletnie wzorce. "Des Mandarines", mroczna, nieco egzotyczna w oprawie, eksponuje raz jeszcze zabieg z openera, ucinając nagle wątek i w sposób absolutnie swobodny oddaje się wzruszającemu avant-popowemu outro rodem z Neon Golden, ze znamiennie zapętloną gitarką i łamiącym serce akordeonem. Ta krótka chwila trwa niby wieczność; zmrożenie ostudzonej reakcji to nie lada osiągnięcie. Następuje majstersztyk płynnych metamorfoz, "Ce Jour (A Quoi Rien Ne Ressemble)". Wyłania się z blasku gwiezdnego pyłu (sporo z sonikaliów zdobiących te kawałki umyka konkretnym parafrazom), zimnej sekcji i gitary na sporym reverbie. Wydłużony, trójkowy rozdział czwórkowego metrum rozrasta się aż do podświadomych, "freudowskich" przejazdów gitary w guście "I Would Hurt A Fly" Built To Spill. Później trąbka i stłumione elektryczne wyładowania pochłaniają sens, przelewając się w stoickie "Rue Des Garennes" z mostkiem a la Air.

"Parfume", pierwszy singiel, otula ciepłym pledem w śnieżny poranek. Refren wyraża tęsknotę, zagubienie, podczas gdy niebiańskie backgroundy smyków koją słodkością, zapadając wreszcie w subtelne crescendo od strony "The Drugs Don't Work" The Verve. Skryte za parawanem przesterowane bębny Les Savy Fav usadowiono obok balladowego chorusu późnego Sunny Day w "Espèce De Chien", ale gość dobiera każdą próbkę rozważnie i oszczędnie, więc nawet kakofoniczne w sumie zakończenie nie rozbija spójności zmęczonego, ochlapłego wieczoru. "Chanson Á Tuer", jedyna w zestawie rendycja cudzego autorstwa, wciąż zachwyca zajadłym performem. Wers "Ne se souviendra jamais / Jamais, jamais, jamais" wręcz przygniata. "Revers" to wpierw małe arcydziełko drobnostek, by przerodzić się w najostrzejszą, szaleńczą kodę desperata. Dar rozplanowania każdej ścieżki osobno, przy symultanicznej zwięzłości chaosu, jest niezrównany. Marionetkowe skrzypce "L'Amour Épinglé" to kuzynki "Cornfield" z Mouth By Mouth His Name Is Alive. Closer "Lubies" snuje się jak wygładzone, wypolerowane Songs: Ohia.

Świat pozostanie zagadką: gdy lamentujące, wtórne patałachy w stylu Damiena Rice zyskują sobie uniwersalny poklask w przeróżnych środowiskach, pewien zupełnie lokalny Francuz wydaje nawarstwioną, gęstą płytę by pozostać w totalnym zapomnieniu. To niewyobrażalne, ale koincydentalnie Tomek przywiózł bezspornie jedną z bardziej fascynujących płyt sonwgriterskich 2003 roku, eksplodującą bogactwem wyrazu, specyfiką klimatu i nade wszystko, obfitującymi w czyste piękno kompozycjami. Przy czym żaden fragment nie jest oczywisty; cudownie, bo Dragueuse unika grzechu siedemdziesięciu procent singer/songwriterki: nudy i przewidywalności. "Nie wierzę". Well, sam teraz przepraszam za tamte pochopne słowa, podyktowane zresztą zdrowym rozsądkiem... ale... kto mógł przypuszczać? I, hehe, nie mam pojęcia kim ten Alexandre jest, ale jeśli będzie wydawał wciąż tak udane krążki, pewnie niedługo ten problem zniknie.

Borys Dejnarowicz    
24 grudnia 2003
BIEŻĄCE
FKA twigs / FKA twigs feat. Future"Cellophane" / "Holy Terrain"
Porcys Składak: Lush