RECENZJE

Alcest
Écailles De Lune

2010, Prophecy 7.4

Szczerze – jaka muzyka jest bielsza niż BLACK metal? Zero seksu, zero rock'n'rolla, zero partii basu, o których warto by mówić. Nie ma niepohamowanego entuzjazmu klasycznego metalu, nie ma spoconego katharsis, które daje thrash, czy nawet death metal. Gitary bzyczą jak insekty zbierające się nad zwłokami, bębny są tłuczone z okrucieństwem, o ile tempo nie jest akurat pogrzebowe. Wokaliści najczęściej brzmią raczej jak żywe trupy niż demony. Niektórzy wykonawcy pewnie by się obrazili, gdyby nazwać ich muzykę rockiem.

Jeśli jakaś gałąź muzyki gitarowej może się z black metalem mierzyć na "białość", to z pewnością shoegaze (i twee-pop, ale nie zapuszczajmy się tam). Obydwa gatunki łączy afunkowa apatia, zamiłowanie do repetycji i bladość wykonawców. Nic dziwnego, że te światy się przenikają, Szwedzi z Sorgeldom scowerowali nawet Slowdive na tegorocznej płycie. I oto Neige (Śniegu) – koleś, który zupełnie przeszedł na drugą stronę. Francuz zaangażowany w kilka różnych metalowych projektów nagrał trzy lata temu, pod marką Alcest Souvenirs D'un Autre Monde – album w bardzo niewielkim stopniu metalowy, a w bardzo wysokim dream-popowo – shoegaze'owy. To bardzo fajna, rozmarzona płyta na lato, jeśli potraficie znieść małą dozę new-age'u / skojarzeń z Enyą. Nagrania Alcest nawiązują do "innego świata", który objawił się Neige'owi w dzieciństwie... cośtam, cośtam. Nowy album projektu przewyższa jednak Souvenirs pod każdym względem.

Początek Écailles De Lune przypomina o poprzedniku. Pierwsza część tytułowego utworu czaruje jasno brzmiącą gitarą, sprężystym basem i tęsknym śpiewem - dodać tam jakieś klawiszowe tła i mamy nowe M83. A końcówka to metal. Alcest zaczął syntezować! Chciałbym, żebyście mogli teraz też to słyszeć! Ultra gęste bębnienie kody mogłoby znaleźć miejsce na płycie Emperor. A w "Écailles de Lune – Part 2" Neige używa opętanego wrzasku przynależącego do jego pozostałych projektów. "Percées De Lumière" zestawia growl z czystym cyrkularnym riffem bardzo w stylu Ride. I nagle te elementy są dla siebie stworzone. Neige w pierwszej części albumu świetnie wyważa proporcję między odrażającym i pięknym – jego krzyki i bębny Winterhaltera (ex-Peste Noire, w którym Neige też kiedyś grał) robią monumentalne wrażenie, jego melodie oczarowują. Nawet nieekstremalne momenty nabrały metaliczności i ciężaru – efekt przypomina o zapomnianych weteranach space-emo-math-rocka, Hum. Souvenirs D'un Autre Monde miało aurę zwiewnej folkowej muzyki magicznych ludów, jaka otaczała wczesne nagrania Sigur Rós. Écailles de Lune to rockowa płyta Alcest.

Druga połowa albumu odpływa w dream-popową błogość. Chyba słusznie, trzy pierwsze utwory są tak spektakularne, epickie i najeżone zmianami, że wytchnienie jest niemal konieczne. Bardzo ładne "Solar Song" pokazuje, że Neige może stawać w szranki ze swoim rodakiem Gonzalesem. Nie da się jednak ukryć, że największe wrażenie Alcest robi kiedy daje nam swoje yin i yang – to są moi drodzy jedne z najlepszych gitarowych kawałków jakie usłyszycie przez cały rok.

Łukasz Konatowicz    
21 lipca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja