RECENZJE

Air
The Virgin Suicides

2000, Record Makers 4.6

Muzyka panów Godina i Dunckela wywołuje różne skojarzenia. Dla jednych jest przejmującym odcięciem od otaczającego świata i całkowitym poświęceniem wewnętrznej kontemplacji. Inni widzą w niej (pomińmy to milczeniem) idealną przygrywkę do, hm, kontaktów damsko-męskich. Bywa również odbierana jako produkt stworzony do odpoczynku, relaksu. Cóż, każdy słyszy, co chce. Ale z jednym zgodzą się chyba wszyscy. Air serwuje nam dźwięki ilustracyjne. A do czego jest to ilustracja – słuchacz zdecyduje sam.

Tak więc musiało, prędzej, czy później, do tego dojść. Air stworzyli ścieżkę dźwiękową do filmu. Do reżyserskiego debiutu Sofii Coppoli pod tytułem The Virgin Suicides. Znajomo brzmi nazwisko pani reżyser, co? Tak, to córeczka. Samego filmu nie widziałem. Ale urywki, na jakie natknąłem się w telewizji (a także w teledysku do "Playground Love") nie zapowiadały niczego szczególnego. Co tam, może Francuzi nie otrzymali lepszych propozycji. Nie wiem również, jak to, co zarejestrowali, współgrało z obrazem. Nieważne. Dość, że nagrali tę płytę i dostali zań wynagrodzenie. Da się jakoś przeżyć do pierwszego.

I tu pojawia się paradoks: dlaczego grupa wręcz idealnie pasująca, jak powiedzieliśmy, do takiego przedsięwzięcia, tak je zmarnowała? Dlaczego wypadła tak blado? Dlaczego – powiedzmy to wprost – zawiodła oczekiwania? Otóż powodów jest kilka. Przede wszystkim, w spisie utworów The Virgin Suicides figuruje trzynaście tytułów. I rzeczywiście, ten soundtrack składa się z trzynastu fragmentów. Tyle, że kompozycji jest o wiele mniej. Tak, panowie do kilku motywów dopisali różne aranżacje, niektórym pozmieniali tempo i proszę: jest trzynaście! Cwaniaczki! Że niby zamiast "part 2" czy "reprise" są oddzielne tytuły, to już się ludzie nie poznają? A poznać się jest bardzo łatwo. Zresztą, zdemaskujmy tę machlojkę. Ten sam kawałek to: "Playground Love" (piosenka), "The Word Hurricane" (wersja psychodeliczno-transowa) i "Highschool Lover" (wersja łagodna). Identyczne kompozycje w różnej oprawie to "Bathroom Girl", "Cemetery Party" (jeden po drugim – nieźle, co) i "Afternoon Sister". Z kolei "Dirty Trip" i "Ghost Song" to dwie wariacje na temat tych samych czterech akordów. Dobra, wiem, że właśnie tak przedstawia się większość soundtracków. Ale sęk w tym, iż te powtarzane kilkakrotnie motywy to nie żadne pełnoprawne utwory, lecz ledwie króciutkie wprawki. Niestety, minimal music to nie jest. I wkrótce zaczyna nużyć.

Z drugiej strony nie musi być przecież tak źle. Wystarczy posłuchać mrocznych "The Word Hurricane" i "Dirty Trip". A także obu wersji tego samego, niewinnego tematu – "Playground Love" (jedyna piosenka na albumie) i "Highschool Lover". Oraz ujmującego "Empty House". Wreszcie, jest w tej muzyce coś specyficznego, co może trudno opisać, ale co na pewno wciąga. Może chodzi o ten charakterystyczny klimat? Coś, jakby wczesne liryczne Pink Floyd. Na przykład w "Ghost Song" czy "Highschool Lover". A na końcu warto wspomnieć, że miło tego wszystkiego się słucha. I mimo, że wyprodukowano tę płytę inaczej, niż Moon Safari (bardziej szorstko, więcej tu gitar), to do realizacji nie można się przyczepić. Tu i ówdzie dźwięki poprzetykano strzępkami dialogów zaczerpniętych z filmu. A tam, gdzie nie ma atrakcyjnej melodii, pojawiają się ciekawe eksperymenty brzmieniowe.

Ktoś powie, że to tylko ścieżka dźwiękowa i w ogóle to nie miało być nic wielkiego. Owszem, przyznaję. Ale w ocenach nie ma prawa być sentymentów. Recenzent musi być surowy. Bo jak zmięknie, to jeszcze mu się wszystko poprzestawia i zacznie oglądać Michaela Stipe'a, a słuchać, dajmy na to, Jennifer Love Hewitt.

Borys Dejnarowicz    
19 lipca 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie