RECENZJE

Air
Talkie Walkie

2004, Source 6.4

Żadna obecnie szerzej znana grupa nie była mi tak bliska jak Air. Owszem, Moon Safari to jeden z pierwszych pięciu (trzech?) zakupionych przeze mnie w życiu krążków, ale dość nietypowo mam tu na myśli bliskość dosłowną, taką dającą się wyraźnie określić za pomocą jednostek miary. Umożliwiła ją specyfika warszawskiej Stodoły, gdzie francuski duet wystąpił we wrześniu trzy lata temu. Jest to obiekt na tyle duży, by odbywały się w nim koncerty noszące znamię masowości, a na tyle mały, by móc z drugiego rzędu rozwiązywać sznurowadła co nazbyt wysuniętym na przód sceny muzykom. Niestety nie bardzo mam pamięć, zatarł się więc charakter dawnego stwierdzenia, jakobym podczas pamiętnego gigu czuł zapach trampek stojącego najbliżej Nicolasa Godina. Nawet jeśli był to żart (co nie jest wcale takie pewne), heh, to i tak sporo on mówi o klubie. O występie z kolei ja może co nieco wspomnę – Air wykazali się wówczas wyczuciem, wybierając ze swojej dyskografii kawałki nie tyle nawet najlepsze, co najefektowniejsze. Obeznani w studyjnym fechtunku niczym Jacek Gmoch w subtelnej penetracji własnych warg, lekką ręką poradzili sobie z transformacją precyzyjnie nagrywanych utworów w ich szczerze spontaniczne wykonania.

Dunckel i Godin odwiedzili nasz kraj z okazji wydania 10 000 Hz Legend, właściwie dopiero drugiego pełnoprawnego ich albumu. Pomimo świadectwa oczywistej bessy na giełdzie ich pomysłów, krążek niezbyt osłabił autorytet Air. Bo co jak co, ale zasłuchiwaliście się, nie? Ja też. Przeprodukowana, ale dobra, bez fragmentów zbijających z pantałyku, za to z żałosnymi, ale ciągle dobra. Taka była ta płyta. Ferowanie po niej jakichkolwiek wyroków było nie na miejscu; najluźniejsze oparte na logice dywagacje co do przyszłości Air nazwać można było uciążliwymi. No i zgodnie z nieprzewidywaniami, zaskoczyli.

Mniej lub bardziej celowo, w każdym razie sytuację odwrócono do góry nogami. Przy Talkie Walkie w oczy wybałuszone naprawdę wysokim poziomem kompozycji natychmiastowo świdruje zawężenie kolorytu brzmienia. Que? Minimalizm w wydaniu Air? Można się posunąć do tego stwierdzenia, ale nie myślcie sobie o odpowiedniku skrzyżowania klikań z garażami, skądże. Po przesłuchaniu tego albumu reakcją odruchową jest sięgnięcie z półki po dźwięki zupełnie z innej bajki, przestronne i miękkie. Zmywające z nas lekki przesyt przysłoniętym punktem widzenia. Przyczyną na pewno znanego wam zjawiska jest fakt, że również gdy Air stosują mieszaniny wielu barw, końcowy efekt zawsze oscyluje wokół standardowej dla tej płyty tonacji (stawiałbym na jasny brąz, choć to kwestia całkowicie indywidualna). Kolory kolorami, ale przecież to nie przez nie co bogatsi koneserzy malarstwa zamiast kupić sobie jakieś dwieście tysięcy płyt wybierają cztery metry kwadratowe płótna Picassa czy też innego Gan Vogha. Nie trzeba być mędrcem z Dalekiego Wschodu by wiedzieć, że sedno tkwi w umiejętnym wykorzystaniu choćby i nawet skromnej palety odcieni.

I choć wprawdzie za Talkie Walkie nikt równowartości jednej piątej miliona krażków nie da, to Dunckel i Godin pozostają co najmniej nieźli. A patrząc w przeszłość, jak wspominałem, idzie ku lepszemu. I tak, interesującą pierwszą część "Run”, gdzie mamy chichoczący horrorek (te klawisze) wzbogacony zgrabnym loopem wokalu, ozdobiono dodatkowo zręcznymi przejściami w powietrzny dryft, wraz tą całą otoczką w postaci nieogarniętego nieboskłonu i kłębiastych na nim chmur. Wszyscy znają te nakładające się na siebie wokalizy Enyi (w mianowniku: Enya) i właśnie tam prowadzą tym razem skojarzenia muzyczne.

W ogóle to od początku kariery Air wiadomo, że komfortowo jak nigdzie czują się oni w klimaciku lekkości. Obecnie potrafi ona tu i ówdzie graniczyć z zamierzonym kiczem. Pomaga w tym jeszcze wyrazistszy tym razem francuski akcent, którym okraszane są angielskie oczywiście teksty. (Swoja drogą ciekawi mnie, po co są one drukowane w książeczkach? Przecież ich prostotę przeniknie najmniej gorliwy w nauce języków obcych polski przedszkolak.) Kulminacja tego wątku to świetny "Another Day", a właściwie niemal "Anoser Day". Występujące w nim "fuck off" to mój pretendent do tytułu najzabawniejszej interpretacji wymowy tego zwrotu w historii muzyki. Pomimo doniosłego brzmienia końcówki poprzedniego zdania aspekt ten tonie jako poboczny smaczek w najzwyklejszej, bo songwriterskiej, sile tegoż utworu.

O tym rodzaju (o tej stronie?) mocy ciężko się zresztą rozwodzić. Ułatwiałaby ów proces mnogość przeinaczeń i wtrętów, która niestety (bardziej dla tej recenzji niż dla samego albumu) miejsca nie ma. Musiałbym albo zajmować się zupełnymi drobnostkami, albo w nieskończoność doprowadzać każdą część wywodu do wniosku: "ten utwór dobry, bo dobra melodia". Wyjątkiem byłby "Mike Mills". Nie wiem czy przez złośliwość autorów, ale piosenka imienia basisty-klawiszowca R.E.M. okazuje się być najsłabszą w zestawie. Niby nakreślony tu leniwą ręką słotliwy pejzaż udanie wpisuje się w charakter albumu, jednak nie bardzo jest o co zaczepić ucho. A nawet jeśli tak, chwile takie, miast rozwijać się i prowadzić do czegoś, usiłują się same nad sobą rozwodzić. Nim wyrazimy dezaprobatę mówiąc "oj nieładnie", staje przed nami kolejny w dorobku Air prujący przez galaktykę kosmolot.

Warto odnotować, że Talkie Walkie to zakrojony na szeroką skalę powrót do gwiezdnej tematyki (nie tylko w warstwie tekstowej, w muzycznej również), po deficytowym w tej mierze 10 000 Hz Legend. Od "Kelly Watch The Stars", przez "Le Soleil Est Pres De Moi", docieramy wreszcie do swoistego zatrzęsienia kawałków w rodzaju "Venus" tudzież "Surfing On A Rocket", wymawiane "surfing on a łoke". (A może "surfing on a OK-e? Byłoby to nawiązanie do absolutnie bossowskiego wymawiania "ok" przez Gruffa ze SFA.) Firmowana dobrą marką rakieta teoretycznie zalatuje badziewiem: podkład perkusyjny wytopiony z plastiku, gitara (choć odpowiednio przestrzenna) niemal nieustannie śpiewa o tym samym. No ale wiecie, ten tego. Kapitan Hook. La mélodie. I tak, jeśli chodzi o nowy album Air, w kółko.

Na koniec mam pytanie. Znacie Sophie, best female friend of Porcys? Bo Air znają. Dowód jest niedwuznaczny: to oni napisali "Universal Traveler", gdzie w refrenie z utęsknieniem powtarzane jest "Soo-fa / Soo-fa / So far away". I choć nie podzielam opinii, by muzycznie utwór zasługiwał na miano przepięknego (takiego dla mnie na tym albumie nie ma: wysoka ocena rozkłada się tym samym równomiernie na barki niemal każdego fragmentu krążka), to trzeba przyznać, że naszą wspólną myśl wyrażono najściślej jak się da. We mean it. (Ej Sofa ty tak poważnie z tym studiowaniem w Krakowie, hmm?) Temat Talkie Walkie wydaje się być zamknięty, w zdecydowanym przeciwieństwie do zagadnienia, jakim jest muzyczna przyszłość Godina i Dunckela.

Jędrzej Michalak    
1 lipca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie