RECENZJE

Air
Premiers Symptomes

1999, Source 7.4

Z tym wydawnictwem jest kilka kłopotów. I nieporozumień. Po pierwsze, płytka o takim tytule wydana została w roku 1997 i dla Francuzów, nie licząc popełnianych wcześniej przez nich singli, był to prawdziwy debiut. Tyle, że była to EP-ka, zawierająca nagrania z premierowych małych płyt Air. Natomiast w dwa lata później, na sklepowych półkach znalazł się tak samo zatytułowany materiał, na którego zawartość składała się owa czwórka właśnie, wzbogacona jeszcze kilkoma nowymi nagraniami. Całość trwa ponad trzydzieści trzy minuty, więc jest to niby minialbum. Ale tu sprawa następna: fani grupy kwalifikują Premiers Symptomes jako kolejne po Moon Safari pełnowartościowe dokonanie Air. No bo w końcu trzydzieści trzy minuty to nie jest mało.

Ale jest jeszcze co najmniej jeden powód, dla którego należałoby uznać te ponad pół godziny za prawdziwego następcę Moon Safari. Mianowicie ich poziom. Mało kto zgadza się, że mamy tu być może do czynienia z chyba najlepszą dotychczas wizytówką talentu francuskiego duetu. Pewnie ze względu na krótki czas jego trwania, dziennikarze zbagatelizowali ten album, nie traktując go poważnie, raczej jako ciekawostkę. Błąd! I to niewybaczalny.

Air przyzwyczaiło nas, że gra delikatnie. Ale Premiers Symptomes wydaje się być jakimś maksimum w tej dziedzinie – ta muzyka nas łaskocze, głaszcze. Jak łagodny powiew wiatru. Jak mała biedronka chodząca po ramieniu. Lekka niczym piórko. Dźwięki unoszą się, a wraz z nimi unosi się słuchacz. I gdyby nie dwa ostatnie fragmenty, to można by pomyśleć, że ci panowie, oprócz całego stosu instrumentów, mikrofonów i urządzeń technicznych, mają w swoim studiu oddzielną szafkę na środki uspokajające.

Ale najfajniejsze jest to, że klimat poparli wartościowymi kompozycjami. I tak odrębne motywy, sprytnie dzielące utwór na dwie części, mamy w "Modular Mix". Ta sama melodia wypełnia kolejne odsłony "Casanova 70". Ale w każdej z nich jest inaczej zaaranżowana: jest harfa, pojawia się stonowana sekcja dęta, oraz organy. A zakończenie "Les Profesionnels", tak rożne od całości, to przecież nic innego, jak wczesny szkic wykorzystany przez Dunckela i Godina na Moon Safari, po rozbudowaniu i uzupełnieniu głosem pani Hirsch, jako "All I Need". "Californie" rozpoczyna się może bardziej ekspresyjnie, ale już za moment mamy te słynne pejzaże, które charakteryzują styl Air: melancholię w melodii, szum płynącej gdzieś w oddali wody... No i kończący wszystko "Brakes On". Najmniej typowy z całego albumu. Agresywne pętle rytmu, chwilami ostrzejsza niż zwykle aranżacja, głos prezentera radiowego plus chór kobiecych głosów.

I tak można się delektować. Przestrzenne, kosmiczne pianino. Ciepły saksofon. Stylowe partie hammonda. Pulsujący w tle, miękki rytm. Instrumentalna to w sumie płyta. Głos pojawia się sporadycznie. I to wcale nie jako wokal. To raczej strzępki zaśpiewów, jak w "J'ai Dormi Sous L'eau". Ale nie, jest na Premiers Symptomes jedna piosenka. "Le Soleil Est Pres De Moi". Zaczyna się cichutkim, ledwie dostrzegalnym, jazzującym tematem pianina. Obok pianino elektryczne. I wchodzi ten główny motyw. Manifest spokoju, wyciszenia. Krótkie zacięcia organów. Odległe dźwięki syntezatora. I ten głos. Z pozoru taki mechaniczny. A przecież taki ludzki...

Niedługi to album. Ledwie przekracza pół godziny. A jednak potrafi tak cieszyć. Ktoś powiedział, że niepotrzebne te dwa ostatnie utwory, że nie pasują do atmosfery całości. Czy ja wiem? Ale koniec końców, to przecież tylko zbiór nagrań z wczesnych singli.

Borys Dejnarowicz    
19 lipca 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie