RECENZJE

Air
Moon Safari

1998, Source 8.2

No, przyznajcie się. Każdy miewa takie chwile, więc wy też na pewno. Są takie momenty w życiu człowieka. Kiedy ma, delikatnie ujmując, wszystkiego serdecznie dosyć. Kiedy codzienny pośpiech, brak snu, ciągłe napięcie i zaangażowanie powodują w nim reakcje wymiotne. Kiedy limit jego nerwów jest na niebezpiecznej granicy wyczerpania. I kiedy marzy tylko o jednym – usiąść beztrosko w fotelu, zrobić sobie zimnego drinka i zapomnieć o wszystkim dookoła. Aha, i niechby to wszystko miało miejsce na jakiejś tropikalnej wyspie, gdzie słońce przypieka w odpowiedniej ilości, a niebo mieni się cudownym błękitem. No, już, obudźcie się. Powiedzmy sobie szczerze: nie jest to możliwe. Chociaż, nie do końca. W ostateczności można przecież sięgnąć po muzykę grupy Air. A w szczególności po jej debiut długogrający – Moon Safari.

Fenomen Jeana-Benoit Dunckela i Nicolasa Godina, czyli dwóch panów wchodzących w skład zespołu, jest trudny do ogarnięcia. Przede wszystkim – pełne wykształcenie; pierwszy skończył matematykę, drugi architekturę. Nieźle, co? Ale najważniejszy jest sposób, w jaki podają nam dźwięki. Oto bowiem mamy do czynienia z niespotykanie delikatnym i wysmakowanym sposobem muzycznego myślenia. Przy czym, nie jest to jazda w stylu new age – George Winston, te klimaty – że, niby, koleś cichutko brzdąka przez cały czas w pianinko. O, nie, paleta barw, jaką serwuje nam Air, naprawdę ujmuje swoim bogactwem. Przy komentowaniu poczynań dwóch panów z Wersalu często wspominano określenie "retro". Zgadza się, mamy tu (dyskretnie wzbogacone zdobyczami współczesnej techniki) smaczki rodem z lat siedemdziesiątych. Dlaczego właśnie z tej dekady? Może to lata dzieciństwa muzyków Air i nawiązania te są dla nich rodzajem sentymentalnego powrotu do okresu dorastania? Tak więc czerpią garściami z klimatu tamtej epoki. Tylko, że każdego brzmienia jest tu jak na lekarstwo. Tak, jakby dwaj Francuzi aranżowali swoje utwory z wielką ostrożnością. Jakby bali się, że jeśli czegoś będzie za dużo, to wszystko zepsują. I właśnie dzięki temu osiągają wyjątkowy efekt.

Mam właśnie takiego kumpla, który często lubi się rozluźnić. Powiedzmy nawet: bardzo często. No, dobrze, przyznaję: codziennie. Może niekoniecznie będę tu opowiadał, w jaki sposób. Wystarczy, że koleś pasuje nam do koncepcji: wyluzuj razem z Air. Kiedy puściłem mu po raz pierwszy Moon Safari, człowiek przysiadł, zamyślił się, uśmiechnął rozkosznie, a następnie oświadczył, że pierwszy kawałek mógłby trwać w nieskończoność. I rzeczywiście, otwierający cały album utwór "La Femme D'Argent" wydaje się być najwspanialszą formą odreagowania stresów. Subtelne odgłosy szeleszczącej wody na początku, a potem zapoznajemy się powoli z tym leniwym motywem basu. I płynie sobie ta muzyka, co kilka taktów wzbogacana jest aranżacja, a my zapominamy o tym, gdzie jesteśmy. Jest cudownie – już to widzę: wymarzone wakacje z ukochaną (wyspy tropikalne obowiązkowo), zachodzące słońce w oddali, ludzie bawią się wspólnie (szczególnie, że około 3:30 i ponownie 5:38 zaczynają klaskać do rytmu). Gdyby nawet Air wydali tylko ten jeden fragment i kazali sobie zapłacić tyle, ile za całą długogrającą, kupiłbym w ciemno.

A to dopiero początek. Można odsapnąć do woli: jest zbudowany na jednostajnie zrytmizowanym motywie "Sexy Boy". Zaraz potem mamy balladę o niebiańskiej miłości – "All I Need", gdzie swego ślicznego głosu użycza (podobnie jak w "You Make It Easy") Beth Hirsch (jej westchnienia zawsze wywołują u mnie drgawki). Jest przebojowe, poparte fajnym teledyskiem "Kelly, Watch The Stars", pastelowy "Talisman", nastrojowe "New Star In The Sky". Słowem: relaks do kwadratu. Mało było wcześniej tak kojących płyt. Owszem, sporo znam albumów wyciszonych, uspokajających. Ale tylko pozornie. Bo zawsze, gdzieś, głęboko, czają się prawdziwe emocje, artyści pokazują swą osobowość. Tymczasem Air jest jakby obok całej sprawy, nigdy nie ingeruje w nasze uczucia. Panowie Godin i Dunckel, niczym tajemniczy sprawcy naszego upojenia, usuwają się w cień, pozostawiając nas sam na sam z nami samymi.

Dobiega końca ostatni fragment Moon Safari, "Le Voyage De Penelope". Leżysz na wygodnym posłaniu w pokoju z tarasem. Za oknem jest już noc, świecą gwiazdy. Zasypiasz z poczuciem pełnego spełnienia. Obudź się, to tylko sen.

Borys Dejnarowicz    
19 lipca 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy