RECENZJE

Air
10 000 Hz Legend

2001, Source 5.5

Długo czekaliśmy na drugi pełnoprawny album grupy Air. Po efektownym debiucie pojawiły się po sobie, rok po roku, uzupełnione wznowienie utworów z wczesnych singli, oraz płyta z muzyką filmową. Ale długogrające wydawnictwo to poważna sprawa. To już jest być albo nie być dla wizerunku tak młodego zespołu. Tym bardziej żałuję, że Francuzi tak rozczarowują na tym krążku.

Ktoś musiał w ciągu tych ostatnich trzech lat, jakie dzielą 10 000 Hz Legend od Moon Safari, przyjść do Godina i Dunckela i powiedzieć: "E tam, umiecie grać tylko w jednym stylu, nie potrafilibyście wyjść poza ten swój schemat smooth-popowy i zabrzmieć dajmy na to ostrzej, mroczniej". No więc błysk srogiej zemsty pojawił się w oczach dwóch panów (chociaż, swoją drogą, u Dunckela nie za bardzo to sobie wyobrażam), no i nagrali The Virgin Suicides. Ale wtedy ten sam człowiek nawiedził muzyków Air ponownie. I jeszcze raz im zarzucił: "Taaaaaaaak, to ma być dowód na to, że jesteście zdolni zmienić stylistykę? Ta ścieżka dźwiękowa? Przecież to wciąż instrumentalne pasaże, raptem kilka banalnych temacików rozwijanych w tę i z powrotem. Może i jest to mroczne chwilami, ale ja mówiłem o prawdziwej zmianie". Tym razem Francuzi zacisnęli zęby, zsynchronizowali zegarki i obiecali sobie nawzajem, że nie darują nieproszonemu gościowi. Nagrają muzykę tak inną, niż do tej pory, że pospadają mu kapcie z nóg!

Pytanie pierwsze: kim jest ta tajemnicza osoba, niemiłosiernie nawiedzająca naszych bohaterów? Czy to przypadkiem nie ich własne sumienia, głosy wewnętrzne? Całkiem prawdopodobne. Pytanie drugie: czy panowie słusznie tak się przejęli docinkami nieznajomego? Czy trzeba było brać sobie do serca jego słowa? Cóż, skoro są tak ambitni. Dlaczego nie mieliby spróbować czegoś nowego? Do odważnych świat należy! Jest tylko jeden problem. Źle zsynchronizowali zegarki.

Artyści przyszli bowiem do studia, rozsiedli się wygodnie, a następnie ochoczo i raźnie wykrzyknęli, zacierając ręce: "No, nagrywamy!". Ale nagle spostrzegli, że w kajecikach brak jest jakiś interesujących pomysłów na piosenki. Może jednak nie ryzykować z tymi nowinkami, skoro nie ma dobrych kompozycji na stanie? "Nie przejmuj się. Od czego mamy świetne studio? Wyczarujemy takie brzmienia, że zobaczysz!" – zachęcająco rzucił Godin. "A poza tym Beck dał mi ostatnio swój numer. Dzwoniłem już i ładnie go poprosiłem, na sto procent nam pomoże. Jeszcze przyprowadzi ze sobą Rogera i Justina – wiesz, tych kumpli, z którymi nagrał Midnite Vultures. Pograją, pośpiewają i płytka będzie jak marzenie" – dodał. "Czy aby na pewno, Nicolas?" – niepokoił się Dunckel. "Jasne, Jean, nie marudź. Nalej mleka, siadaj tu i zabieramy się".

No i mamy oto album – jeśli szukać na nim jakichś plusów, to na pewno są to aranżacje. Kolesie naprawdę wykorzystali wszystkie możliwości swojego studia. Jeżeli uważaliście Moon Safari za dziełko mieniące się od różnych brzmień, to posłuchajcie tego. Czasem nawet w zakresie jednego kawałka obcujemy z kilkudziesięcioma pomysłami na instrumentację. I to wszystko na dodatek świetnie się zazębia. Elektronika i programowanie mieszają się z żywą akustyką. Czyste, nie przetworzone barwy występują tuż obok atonalnych (w granicach przyzwoitości, rzecz jasna), dysonansowych wstawek. I współgra to ze sobą, nie powiem, naprawdę dobrze.

Tylko, że ja nie zwykłem oceniać płyt jedynie za ich produkcję. A ta ostatnia jest, jeżeli idzie o listę zasług 10 000 Hz Legend, bardzo osamotniona. Kompozycje zaskakują wręcz swoją niemocą melodyczną. Ale, żeby to chociaż była jakaś awangarda, odwrót od melodii. Nic z tego, po prostu zabrakło inwencji. Tym większe zdziwienie, że panowie tym razem niemal w całości postawili na formy śpiewane – może nie są to typowe piosenki, ale jednak głos prowadzi linie przewodnią. Tylko wstyd, że te linie są czasem tak niewiarygodnie słabe. Jak w "Lucky And Unhappy". Albo w "Sex Born Poison", gdzie nie pomógł nawet japoński w połowie tekst. Albo w żałosnym, stanowiącym swoistą kulminację tych muzycznych banałów "Wonder Milky Bitch". Same przestrzenie i klimat to za mało, panowie. To ma być Air? Znane ze swojego wyczucia i intuicji?

No, dobrze, byłbym niesprawiedliwy, gdybym tak zakończył. Bo przecież jest kilka świetnych momentów na tym krążku. Wczesno-floydowy "How Does It Make You Feel". Zimno-nowofalowy "Radio #1". I przede wszystkim instrumentalny, mieniący się nastrojami "Radian". Na takie utwory czekałem! Pomógł też grupie Beck – jego głos, nie do podrobienia, wzbogaca bardzo "The Vagabond" i "Don't Be Light". Ale to wszystko za mało. Czepiam się? Może i tak. Ale od Air oczekiwałem dużo, dużo więcej. Niech i sobie eksperymentuje dwóch Francuzów. To musi być jednak poparte dobrą kompozycją.

Teraz Air to zupełnie inny zespół. I trzeba się do tego przyzwyczaić. Nic już nie będzie tak, jak dawniej. Ale chciałbym, by po ukazaniu się 10 000 Hz Legend do Godina i Dunckela zawitał raz jeszcze ów nieznajomy. I żeby powiedział: "Dobra, panowie, to był album przejściowy. Nie udało się wam, ale zmieniliście skórę. Dam wam jeszcze jedną szansę, a z pewnością się uda". Chciałbym w to wierzyć.

Borys Dejnarowicz    
19 lipca 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja