RECENZJE

Agalloch
Marrow Of The Spirit

2010, Profound Lore 7.0

Ostatnio wiele czasu spędziłem w autobusach, które stoją. Tam też zauroczyło mnie pewne zdarzenie. Nie, nie zakochuję się w autobusach, za to przytoczę fragment przypadkiem podsłuchanej młodzieżowej rozmowy. Chodziło chyba o podryw: dziewczyna z liceum, chłopak nie, coś się tam zacinało, nie szło po jego myśli, więc przeszedł na tematy poważne, dotykające bolączek kosmicznych: A teraz technika idzie do przodu. Tak te ziemię ostatnio zajebaliśmy, że jak ją jeszcze dojebiemy to się chyba rozjebie – rzekł. Nic dodać nic ująć. Istotnie świadomość ekologiczna tworzy nowy paradygmat, skoro nawet podrywając laski, można, zamiast poszpanować telefonem, bez ogródek twierdzić – technika to zło.

Do miłośników romantycznego anachronizmu nowy album Agalloch przemówi bez problemu. Na pytanie o liturgiczny nieomal klimat płyty John Haughm opowiada historię o swojej chorobie i kuracji na świętych kamieniach ciemną nocą w otoczeniu dźwięków fletów i bębnów. Po prostu stół Aslana.

Agalloch, podobnie jak niegdyś Opeth, pozostaje grupą trudną do ogarnięcia. Struktura ich nierzadko dziesięciominutowych "piosenek" jest otwarta, wątki przechodzą płynnie, od elementów black metalu po partie akustyczne. Właściwie, choć trąci to banałem, lubię myśleć o tych utworach jak o larpowym queście w gęstym lesie, który z biegiem czasu przeradza się w Blair Witch Project.

Siłą grupy nie jest tylko budowanie klimatu lecz przede wszystkim soczyste riffy, folkowe aranże, zawsze nieco naiwne, lecz właściwie bezpretensjonalne nawet na tle asklepicznych zaśpiewów. To sprawia, że początek "Ghosts Of The Midwinter Fires" budzi bardziej skojarzenia z "How Near, How Far" Trail of Dead, niż z kocią muzyką z piekła rodem.

Wicciańska fiksacja może niektórych bić po oczach, ale dopóki goście trzymają poziom tylko ciut niższy niż na The Mantle i przynudzają tylko odrobinę bardziej, to jeśli o mnie chodzi, mogą swą moc czerpać prosto ze złoziemnego kamienia czy uschłego dębu Bartek. Podkreślając inspiracje Béla Tarrem wysmażyli coś pomiędzy Jesiennym Almanachem a Szatańskim Tangiem, co spokojne zapewnia im przywództwo na puszczy. Oczka mają czarne, buźki granatowe, a ich czarne serca biją im radośnie.

Wawrzyn Kowalski    
15 grudnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie