RECENZJE

Afghan Whigs
Do To The Beast

2014, Sub Pop 3.9

Recenzje pisanie z perspektywy fana to recenzje szczególne, dlatego obiecuję, że po szybkim coming oucie przejdę do rzeczy. Tak, uwielbiam trio Gentlemen (moja ulubiona okładka ever, długo by opowiadać…) – Black Love1965 pewnie nawet bardziej niż inne słynne 90sowe tryptyki Built To Spill i Cardigans. Twilight Singers? Debiut wiadomo, ale i z późniejszego dorobku skleiłbym w sumie longplay w okolicach 8.0.

W którym momencie to wszystko zaczęło się sypać i dlaczego? Ile osób, tyle opinii, ja konsekwentnie stoję na straży zdania, że wszystko zepsuł ten nudziarz Mark Lanegan. Ciężko to wytłumaczyć punkt po punkcie, ale fakty dość jednoznacznie pokazują, że to właśnie od momentu nawiązania współpracy z nim Dulli zaczął coraz częściej odpływać w stronę knajpianego rockowego nudziarstwa. Kwintesencją tego kuriozalnego kierunku była płyta ich wspólnego projektu Gutter Twins. Ale to, co miało być jednorazowym wyskokiem, stało się niestety regułą, a nudziarstwo późnego Lanegana w magiczny sposób rozlało się na wszystko co zaczął tworzyć Dulli nawet gdy działał już sam.

Nie oszukujmy się, z tym powrotem Afghan Whigs od początku coś było nie tak. To super motyw na serię koncertów (w tym momencie przerwę swój wywód zgadzając się ze sobą – byłem na warszawskim występie i było cudownie, a moment, w którym "Faded" zaczęło przechodzić w "Purple Rain", to jedna z tych koncertowych chwil, które zapamiętam na zawsze), jednak co innego trasa ze starymi piosenkami, a co innego nagrywanie nowego materiału. Tym bardziej, że w nagraniach zabrakło Ricka McColluma, drugiego co do ważności songwritera w historii zespołu, a przy tym niezwykle zdolnego warsztatowca ("Slide Song", polecam). Bez niego trudno interpretować Do The Beast w kategoriach innych niż skok na kasę. Największa nawet dobra wola nie przykryje tego, że te nowe piosenki są po prostu słabe i właściwie niczym nie różnią się od ostatnich nagrywek pod szyldem Twilight Singers.

Obleśna (think: późna IRA) rockerka spod znaku "Parked Outside" czy "Royal Cream" to oczywiście najgorsze momenty tego albumu, ale z całą resztą wcale nie jest lepiej. "Can Rova" już niby wydaje się w porządku, coś że klimacik demówek Twilight Singers się wkrada, wszystko sympatycznie i fajnie... Aleeee nieeee, pod koniec musi wjechać upośledzony disco (?) beat i wszystko zepsuć. Po każdym bym się tego spodziewał, ale po Dullim? Piątkowy singiel "Algiers", który w momencie premiery mocno mnie zawiódł, to tutaj serio jeden z highlightów.

Oczywiście znajmy miarę – tragedii nie ma, a z tego, co słyszę w Trójce, to jest jednak jakaś pula fanów, do której tego typu granie trafia. I super, problem w tym, że absolutnie nie w taki sposób wyobrażałem sobie powrót takiej formacji jak Afghan Whigs. Niech tylko ten kompletnie niepotrzebny incydent powrotny nie przesłoni nam istoty sprawy – to kiedyś naprawdę był zespół zahaczający o wybitność, choć zrozumiem, jeśli po seansie z Do The Beast ciężko będzie uwierzyć w to komuś poza mną.

 

 

Kacper Bartosiak    
14 sierpnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie